Elf w wielkim mieście.

    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:21

    It's a New York, baby!

    Pan Vincent

          Pomieszczenie wypełniło jednocześnie wiele odgłosów - pierwszym z nich był paskudnie krzykliwy, elektroniczny pisk budzika - tak głośny i irytujący, że z pewnością można go było wziąć za alarm pożarowy albo zwiastun końca świata.
    Drugi i trzeci, jednocześnie, stanowiły zgrzyt podciąganych automatycznie rolet i specyficzna melodyjka odpalanego telewizora - uzupełniały się wzajemnie, tworząc z wolna prawdziwą kakofonię, ale na tym wcale się nie skończyło; już po chwili dołączyła do tego melodyjka zwiastująca poranne wiadomości, odgłos powiadomień, lejących się strumieniem w świeżo odciszony telefon i wreszcie, niby zwieńczenie tego koncertu elektroniki, udręczony jęk jej właściciela - Solasa, trzydziestotrzyletniego malarza, który od zawsze miał ogromne problemy z porannym wstawaniem.
    O, ironio losu - nie robił tego jednak, ponieważ miał się spóźnić na jakieś bardzo ważne spotkanie, albo ze względu na zamówienie porannego sprzątania, którego za nic w życiu nie wypadało mu przegapić. Nie, chodziło o zwyczajną jogę, którą według statystyk dla największych korzyści powinno się uprawiać koło piątej, szóstej rano, około dwie godziny przed rozpoczęciem "życia codziennego". Pan Lawrence uwielbiał sztukę medytacji i uważał, że gdyby nie wiązała się ona tylko z porannym wstawaniem, byłaby najlepszą rzeczą na całym świecie.
    Ale wiązała się, była więc tylko drugą.
    Pierwszą stanowiła kawa - napój bogów, złoty nektar, jego osobiste paliwo, które pozwalało mu na otwarcie oczu, pomimo skąpych pięciu godzin snu.
    Jak lunatyk we śnie, wyciągnął przed siebie obie dłonie i sięgnął po telefon, zsuwając z twarzy zaplątane prześcieradło. Odczytując powiadomienia, uświadomił sobie, że czekał go naprawdę ciężki dzień - spotkanie z dyrektorem wystawy, kolacja z jej organizatorką, a nawet jakiś wywiad z dziennikarką magazynu modowego. Kiedy on się na to właściwie zgodził?
    To pewnie Ethan i jego durne pomysły... cóż, teraz już nie było odwrotu.
    Ale najpierw kawa - już po chwili stał w kuchni przed wzorowanym na staromodny model ekspresu i odprowadzał wzrokiem każdą kroplę mleka sojowego, kłócącego się swoją bielą z czarnym espresso.
    Pierwszy łyk zawsze smakował okropnie, ale następne uświadamiały mu, że powoli budził się do życia. Oparł się o wysoki barek, zerkając wreszcie w kierunku telewizora.
      ― To absolutnie fascynujące, Allen!  ― Kate Jones, jego ulubiona prezenterka paskudnie wczesnych wiadomości, uśmiechnęła się wprost do kamery, a Solas odpowiedział jej tym samym, choć kobieta nie mogła tego przecież zobaczyć. ― Coraz więcej najróżniejszych środowisk, grup etnicznych i religijnych miesza się tu, w samym centrum Nowego Jorku, pokazując nam, że coś takiego, jak ograniczenia, absolutnie nie istnieje! To cudowne wiadomości, naprawdę. Dziękuję ci za tę rozmowę. Pozytywna dawka energii z samego rana przyda się każdemu z nas, prawda? Przejdźmy teraz do jednej z najnowszych nowinek, jakie dotarły do nas z mroźnej Islandii. Nowy sposób na odmłodzenie skóry! Wydawałoby się, że to niemożliwe, ale jednak! Przedstawiamy wam najno...
      ― Bogowie ― nie potrafił się powstrzymać od przerzucenia oczami, gdy z naprawdę istotnego tematu, wszyscy ci speakerzy tak po prostu przechodzili do jakiejś totalnej głupoty. Doprawdy, gdzie znajdowało się porównanie perspektywy pokoju na świecie z kosmetykiem pielęgnującym skórę ― Ana, wyłącz telewizor ― wydał polecenie programowi, kierując się leniwym krokiem do łazienki.
    Wciąż z filiżanką kawy, przysiadł na brzegu wanny, spoglądając przez przeszkloną ścianę na panoramę miasta. Odkąd zamieszkał w swoim apartamencie, uwielbiał siadać tu każdego ranka, choćby i na pięć minut, cieszą oczy budzącym się do życia Nowym Jorkiem.
    Elf w wielkim mieście.  Park_avn01
    Świt zdążył na dobre rozjaśnić niebo swym różanym blaskiem, wlewając do pomieszczenia swoje złote światło - minimalistyczna, pokryta tylko i wyłącznie bielą przestrzeń, odbijała je wiernie, tworząc wokół magiczną atmosferę. Wieżowce wznosiły się ponad morzem kamienic, piętrząc się nad nimi dumnie, zupełnie tak, jakby chciały sięgnąć swymi dachami do samych gwiazd. Solas pamiętał, że jako mały chłopiec głęboko wierzył, że stając na szycie jednego z nich, był zdolny dotknąć księżyca. Myśli o tamtych dniach zawsze wprawiały go w melancholię.
    Wkrótce wszystko popsuł jednak odgłos jego dzwoniącego telefonu - nie potrafił ukryć swego zdziwienia, gdy okazało się, że to, co brał za pięć minut, w rzeczywistości było połową pieprzonej godziny.
    Cudownie. Jogę mógł już sobie wybić z głowy.

    Draco

    Przynajmniej raz w tygodniu Isella spotykała się z swoimi przyjaciółkami na śniadaniach. Nierzadko spędzała z nimi znacznie więcej czasu, ale nawet jeśli prądy życia porywały je w różne miejsca, ten jeden zwyczaj był nieśmiertelny.
    Przy stole jednej z restauracji na Manhattanie siedziały więc zawsze cztery piękne kobiety.
    Josephine Montilyet była dwudziestoczteroletnią brunetką o śniadej skórze, pochodzącą z Francji. Część swojego życia spędziła, wraz z rodziną, w Paryżu. Przyszedł jednak moment, w którym chciała doświadczyć czegoś nowego i spełnić swoje marzenie pojechania do Nowego Jorku. Tak też się stało. Od tamtej pory, zakochana w mieście, które nigdy nie śpi raczej nie wraca zbyt często wspomnieniami do przeszłości.
    Jako artystyczna dusza, Jose prowadziła jedną z większych galerii w mieście, Eden Fine Art na Madison Ave 437. Czasem zupełnie niezrozumiała nawet przez przyjaciółki przez bujanie w obłokach, Jose była zdecydowanie tą z idealistycznym planem na życie i związek. Pomimo tego, że rodzice Jose wciąż mieszkali w Paryżu, ich wpływ wciąż oddziaływał na córkę, która brała pod uwagę aranżowane małżeństwo, które byłoby ich spełnieniem marzeń.
    Cassandra Pentaghast to gorąca, hiszpańska krew, ale tylko z pozoru. Całe swoje dwadzieścia osiem lat mieszkała w Nowym Jorku, tak więc była z nim bardzo dobrze zaznajomiona, a pewna fascynacja nigdy nie minęła. Brązowowłosa kobieta była nieco cyniczna w stosunku do życia przez wzgląd na swoje doświadczenia w pracy - w końcu bycie prawniczką to nie byle zabawa. Zawsze stylowa, nieco złośliwa gdy sytuacja tego wymagała.
    Ognistowłosa Variel Seville była przedstawicielką niewielkiej ilości elfów na świecie. Było ich może kilka procent, zaledwie, więc sam fakt, że dwie takie osoby spotkały się na całym globie - to dość zabawny zbieg okoliczności. Jako trzydziestoletnia kobieta, Variel mogła szokować wszystkich swoją otwartością w niemalże każdym aspekcie życia, a w szczególności jeśli mówimy o seksualności. Niezaprzeczalna zwolenniczka związków na jedną noc, posiadająca swoją własną agencję PR bizneswoman.
    Isella Lavellan. Druga przedstawicielka elfickiej rasy w tej wąskiej grupie towarzyskiej, freelancerka, ostatnimi czasy pisząca częściej dla Vouge'a, niż można by się tego spodziewać. Kolumna "Elf w wielkim mieście" to prawdopodobnie największy dotychczasowy sukces młodej, bo dwudziestoośmioletniej dziewczyny. Posiadaczka długich, blond włosów.

    Jak co tydzień, Isella wkroczyła więc do znanej im wszystkich restauracji, zdejmując w wejściu okulary przeciwsłoneczne. Uśmiechnęła się do machającej jej już Variel.
    - Wybaczcie spóźnienie. Od rana wydzwania do mnie redaktorka Vouge'a, upewniając się, czy wiem o co mam zapytać tego malarza i tak dalej... - Isella przewróciła oczami, aż w końcu usiadła na krześle i przewiesiła dopiero co zsuniętą z ramion skórzaną kurtkę.
    - Mówiłaś jej, że przecież pytałaś mnie? Przygotowałam cię do tej rozmowy najlepiej, jak potrafiłam. Nie zgubiłaś wszystkich notatek, prawda?! - Jose zmrużyła powieki, spoglądając na Isellę niby groźnie, choć efekt był zgoła odmienny.
    - Nie zgubiłam. Po prostu nie o wszystko mogę go zapytać, jeśli chodzi o twoje suge...
    - Nie chcę tego słuchać! - Josephine obruszyła się, skupiając swój wzrok na rogaliku.
    Chwilę później podszedł kelner, pozwalając mi zamówić posiłek.
    - W porządku, znamy moje plany i wiemy, że Josie się na mnie obraziła. Co macie w planach, dziewczyny? - Jasnowłosa zwróciła się do przyjaciółek, uśmiechając się lekko.
    - Kilka spotkań, a później, mam nadzieję, niezła zabawa z jakimś ogierem. Wczoraj poznałam naprawdę interesującego faceta. A przynajmniej, jego interes mnie ciekawił.
    Isella nie mogła nie parsknąć śmiechem. Variel była, doprawdy, niereformowalna.
    - Nie mów o tym tak głośno! - zbeształa ją Francuzka, tym razem jej posyłając swoje złowieszcze spojrzenie.
    - No co? Seks jest całkowicie normalną rzeczą! Nie wszyscy są tak pruderyjni, jak ty, skarbie. Mam zamiar się pieprzyć i niech go jasna cholera, ma być to naprawdę wspaniały seks.

    Isella, uzbrojona w telefon komórkowy z dyktafonem, zagubionymi gdzieś w torbie notatkami i cappucino z czekoladowym ciastkiem czekała w kawiarni, siedząc przy stoliku przed wejściem, spoglądając na zielone przestrzenie przed sobą, należące już do Central Parku.
    Zdała sobie sprawę z tego, że zamyśliła się dopiero w momencie, w którym ktoś usiadł obok niej. Podskoczyła delikatnie, spłoszonym spojrzeniem rejestrując, że to był nikt inny, jak jej rozmówca - osoba, z którą się tu umówiła.
    Uśmiechnęła się lekko.
    - Och, przepraszam. Zamyśliłam się. Witaj, jestem Isella. Isella Lavellan z Vouge i sekcji "Elf w wielkim mieście". Miałam z tobą przeprowadzić wywiad, ale może najpierw... kawa? Ciastko?
    Jasnowłosa chciała rozluźnić siebie, ale także swojego rozmówce. Isella nie przeprowadzała raczej wywiadów, jej znajomość sztuki była nikła, ale została do tego wyznaczona przez wzgląd na to, że zarówno ona, jak i Solas byli elfami.

    Elf w wielkim mieście.  F2db6c


    Pan Vincent

          Docierał do rogu piątej alei, kiedy znowu rozdzwonił się jego upierdliwy telefon - mógł go zignorować, oczywiście, ale było by to co najmniej niemądre - wiedział bowiem, że o takiej godzinie mógł dzwonić do niego tylko i wyłącznie Cole. Reszta ludzkości zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo był zajęty, ale jego młodszy brat... Cóż, on żył w swoim własnym świecie, rządzonym przez prawa pozbawione większej logiki.
      ― Cześć ― przywitał się z nim pośpiesznie, zerkając na zegarek. Cholera, już teraz był spóźniony - idealne pierwsze wrażenie powiewało za nim smętnie, niby biała flaga. ― Jestem trochę zajęty, mam spotkanie i...
      ― Statek ― usłyszał tylko to jedno słowo, ale nie potrzebował niczego więcej. Uśmiechnął się lekko, lawirując zręcznie między mijającymi go przechodniami.
      ― Dobrze. Kupię, wracając z...
      ― Kupisz dwa?
      ― Zrobiłeś się strasznie chciwy  ― mężczyzna roześmiał się krótko, kręcąc głową. Słońce prażyło niemiłosiernie i w duchu dziękował bogom za to, że zdecydował ubrać się w białą marynarkę. Już teraz czuł, co działoby się z jego plecami, gdyby zdecydował się jednak na czerń.
      ― Kupisz? ― Cole powtórzył swoje pytanie i już teraz Solas wiedział, że przyciskał swoje wargi mocno do słuchawki, oczekując w napięciu jego odpowiedzi.
      ― Kupię. Czytałeś dzisiaj książki?
      ― Czytałem  ― coś stuknęło cicho i gdzieś w tle dała się słyszeć melodyjka wyłączanego komputera. Mały kłamca czuł wyraźnie wyrzuty sumienia, co rozczulało go tylko bardziej.
      ― Nie włączaj już dzisiaj komputera ― wymruczał, mrużąc oczy, by dojrzeć pośród stolików swoją potencjalną rozmówczynię.  ― Poczytaj książkę i... cholera.
      ― Brzydko!  ― Cole roześmiał się radośnie w słuchawkę, jak zwykle, gdy Solasowi wymykało się jakieś przekleństwo.  ― Mówisz brzydko!
      ― Przepraszam  ― westchnął ciężko, nie odrywając spojrzenia od drobnej blondynki, pochylonej nad filiżanką kawy i talerzem z ciastkiem. Jasne pasma zaczesane były na szpiczaste uszy.
    Oczywiście, że mogła to być absolutnie przypadkowa osoba, ale nie była - resztę stolików zajmowały w większości pary, albo samotni przedsiębiorcy, grzebiący od niechcenia w swoich laptopach - niepozorna istotka musiała więc być tą, której szukał.
      ― Zadzwonię później, dobrze? Nie włączaj już komputera  ― poprosił cicho i rozłączył się, chowając telefon do kieszeni. W taki oto sposób znalazł się przy właściwym stoliku i osobie, witając się z dziewczyną lekkim skinieniem głowy.
    Przedstawiła mu się krótko (zdążył tylko pomyśleć o tym, że miała ładne imię) i usiedli na swoich miejscach, wymieniając się grzecznymi uśmiechami.
      ― Solas Lawrence  ― on także zdecydował się podać swoje nazwisko, mimo faktu, że oczywistym było, że jego rozmówczyni musiała je doskonale znać. Przecież robiła z nim wywiad.
    Poprawił się nieco, zamawiając sobie espresso (nie przepadał za słodyczami) i szklankę wody. Jego wzrok przywodziły małe dłonie, błądzące nerwowo po stole - smukłe palce przesuwały się to po uchu filiżanki, to po brzegu talerzyka, telefonu. Skłamałby, gdyby powiedział, że w pewien sposób go to nie bawiło.
      ― Przepraszam za swoje spóźnienie  ― pochylił się nieco, odpinając dyskretnie guzik koszuli - tego dnia temperatura musiała osiągać rekordową sumę, gorąc był niemalże nie do zniesienia. ― Po drodze minąłem piątą i musiałem zawracać  ― roześmiał się subtelnie z własnej głupoty.  ― To nie zdarza mi się często.


    Draco

    Isella próbowała uspokoić się, podejmując z mężczyzną rozmowę. Wiedziała, jak będzie on wyglądał, a przygotowując się do tego wywiadu musiała poczytać inne wypowiedzi mężczyzny, by dowiedzieć się maksymalnie jak najwięcej - głównie przez wzgląd na to, że malarstwo naprawdę nie było jej bajką.
    Spięte w wysoki kok włosy nie grzały karku, co przyjmowała z ulgą. Technicznie rzecz biorąc nie było jeszcze lata, ale od kilku dni słońce smażyło niemiłosiernie. Biała, dość krótka sukienka ukazywała sporo nagiego ciała, przede wszystkim długie nogi i zgrabne ramiona. Dzięki temu, prawdopodobnie, jeszcze nie zwariowała, siedząc tu, gdzie słońce często oświetlało jej twarz.
    - Nie przejmuj się, chyba przyszłam za wcześnie... Mogę mówić ci na "ty", prawda?
    Uśmiech jej rozmówcy poszerzył się nieco i skinął twierdząco głową, co Isella przyjęła z ukrytą ulgą. Byłoby zupełnie niegrzecznie i nieprzyjemnie, gdyby zagalopowała się aż nadto. Nic nie mogła poradzić na to, że jedyne jak mogła sobie pomóc w sprawie zestresowania, była w miarę luźna rozmowa. Ach, no i ciągła mantra, którą sobie powtarzała.
    Nie mam powodów, żeby się stresować. Bez przesady, piszę do gazety o modzie, piszę do gazety o elfach i seksie, a kto lepiej zna się na elfach? Na seksie - pewnie by się ktoś znalazł, ale elfy! Elfy to mój konik. Jestem elfem. Wszystko będzie w porządku.
    Isella upiła dwa łyki kawy i odstawiła filiżankę, oblizując pianę znad górnej wargi.
    - Dobrze. Tak w gwoli wyjaśnienia, nie sądzę, żeby to był... typowy wywiad, którego zwykle udzielasz. Piszę dla Vouge i "New York Star". Są rzeczy, o które moja przyjaciółka błagała mnie, abym cię zapytała, ale które nie są interesujące dla mojej redaktorki. - Dziewczyna wzruszyła ramionami, uśmiechając się subtelnie. - Nic na to nie poradzę. Ale postaram się, żeby wyglądało to naprawdę dobrze, masz moje słowo.
    Ugryzła szybko ciastko i włączyła wyświetlacz w telefonie.
    - Będę nagrywała. Tak łatwiej będzie mi stworzyć z tego tekst, nie chcę niczego przeinaczyć. - Smukły palec stuknął w ekran telefonu. - Okej. Solas... Czym jest dla ciebie malarstwo? Jak myślisz, w jaki inny sposób, niż reszta postrzegasz malarstwo?

    Pan Vincent

          Nie miał pojęcia, ile mogła mieć lat, ale w tej chwili jego rozmówczyni wydawała mu się niezwykle młoda - z typowo dziewczęcym urokiem, nastoletnim zawstydzeniem i lekkim roztrzepaniem, Solas był pewien, że nie dałby jej więcej, niż dwadzieścia, może dwadzieścia dwie wiosny.
    Nie umiał powstrzymać zdradliwego uśmiechu, gdy pani Lavellan tak po prostu przeszła z nim na "ty". Sam wolał utrzymywać oficjalny ton rozmowy z nieznajomymi, ale wiedział, że byłoby niegrzecznym, gdyby odpowiedział swej rozmówczyni inaczej. Poza tym - znajdowali się przecież w Nowym Jorku - jednym z najbardziej "wyluzowanych miejsc" według rankingów światowych.
    Natomiast wieść o tym, że ich rozmowa miała być nagrywana, wprawiła go już w lekkie zakłopotanie - czym innym było bowiem udzielanie komuś wywiadu w rozmowie, a czymś innym było jej nagrywanie.
    Świadomość, że później, gdy ich drogi już się rozejdą, dziennikarka będzie mogła wrócić do tej rozmowy każdej chwili, napawała go dziwnym... cóż, lęk był być może zbyt dużym słowem, ale...
    Gdzieś w tyle jego głowy zapaliła się pojedyncza lampka.
      ― Czym jest dla mnie malarstwo ― powtórzył wolno, nieświadomie zmuszając dziewczynę do tego, by spojrzała mu w oczy. W swoim życiu słyszał już to pytanie, ale gdy teraz o tym pomyślał, uważał, że powtórzenie wyćwiczonej formułki, byłoby wyprane z iskier, nudne. Wywiady nie powinny być nudne. Ethan powtarzał mu wiecznie te słowa, doprowadzając go nimi do szału. Wywiady miały być ciekawe i sprawiać, by osoba czytająca artykuł, chciała dowiedzieć się jak najwięcej o udzielajacej ich osobie. Odchrząknął więc i już miał zaczynać, gdy przerwała im jedna z kelnerek, stawiająca na stoliku tacę z jego zamówieniem. ― Dziękuję ― zwrócił się do niej krótko, wracając spojrzeniem do drobnej buzi pani Lavellan. A może panny?
    Dyskretnie przyjrzał się znów smukłym palcom, rejestrując na nich brak obrączki.
    A jednak, panna.
      ― Kiedyś uważałem, że to tylko sposób na rozładowanie emocji  ― wyznał szczerze, upijając łyk gorącego espresso.  ― Później, z czasem, odkryłem, że to nie tylko rodzaj terapii, pozwalającej mi radzić sobie ze swoimi emocjami, ale coś znacznie więcej. Możliwość przelania, zmaterializowania moich wizji i pragnień  ― zupełnie odruchowo ściszył głos, przybierając ton marzyciela (to często zdarzało mu się, gdy opowiadał o swoich pasjach).  ― To moje ćwiczenie, które pozwala mi oczyścić umysł i napełnić go spokojem. Malując, zapominam o wszystkim innym, co mnie otacza. Są tylko sztalugi, farby i ja. To bardzo przyjemne uczucie  ― zakończył, śmiejąc się lekko. Zdał sobie sprawę z tego, że mógł się odrobinę zagalopować i czuł się tą myślą lekko zawstydzony.
      ― A pani? ― Zapytał nagle, uśmiechając się znów, gdy elfka drgnęła, wyraźnie nie spodziewając się tego, ze on sam też będzie ją o cokolwiek pytał. ― Ma pani w swoim życiu coś, co sprawia, że przestaje się liczyć cały świat?
    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:22

    Draco

    Isella nie miała absolutnie żadnego doświadczenia, jeśli chodziło o prowadzenie wywiadów - ot, tyle, ile zdołała poczytać, czy pooglądać przed tym spotkaniem. Nie spotkała się tam z pytaniem zwrotnym, raczej nikogo nie obchodzi życiorys osoby, która zadaje pytania. I sam fakt, że właśnie to się stało wprawił ją w niemałe osłupienie. Milczała przez chwilę, by po chwili przygryźć wargę i naprawdę zastanowić się nad odpowiedzią.
    - Myślę, że pisanie. Wybranie tego zawodu było trochę przypadkiem, ale ostatecznie nigdy nie żałowałam. Pozwala mi to być wolną duszą w jakimś stopniu.
    Przyjrzała mu się w słońcu. Okulary przeciwsłoneczne leżały na stoliku, obok kawy. Jego postawa była dość wyluzowana, siedział wygodnie z splątanymi dłońmi na wysokości brzucha. Był prawdopodobnie dość wysokim mężczyzną, o niezwykle podłużnej twarzy. Ale prawdopodobnie najbardziej zwracały na siebie uwagę jego oczy. Niezwykle. Wyglądał na pewnego siebie człowieka. Prawdę mówiąc, gdy myślała o malarzu, raczej przed oczami miała jakąś niespokojną, marzycielską duszę, która wiecznie jest umazana farbami i raczej mało jest obecna w życiu rzeczywistym. Tymczasem siedział przed nią ktoś sprawiający wrażenie całkiem mocno stąpającego po ziemi, a przynajmniej jego prawdopodobne dochody świadczyły o tym bardzo mocno.
    - Co czuje artysta, którego prace wystawiane są w prestiżowych galeriach?

    Pan Vincent

          I znowu kolejne, nieco sztampowe pytanie - powstrzymał się jednak od zbędnego komentarza, zanurzając wargi w czarnej kawie. Ostry aromat przyjemnie drażnił nozdrza, porządna dawka kofeiny pobudzała go do życia, pomimo panującego wokół skwaru.
      ― Wiele rzeczy ― wyznał, wysuwając dłoń, by ułożyć ją luźno obok szklanki z wodą. Gdzieś w tle rozległ się dźwięczny śmiech jakiegoś dziecka; zupełnym odruchem obrócił w tym kierunku głowę, akurat w samą porę, by zobaczyć jak niewysoka dziewczynka odbiera od swojej mamy rożek z lodami.
    Wyglądało na to, że wszystkim skutecznie udzielała się słoneczna pogoda - on sam też budził się w nieco lepszym humorze, skłonny do pracy, chętny do życia.
    Odchrząknął, zdając sobie sprawę, że znowu się zamyślał - natura obserwatora często płatała mu w tej kwestii figle, zmuszając do zawieszania wzroku na potencjalnie interesujących zjawiskach, przez co zapominał o tym, co było... cóż, naprawdę istotne.
    Na przykład o fakcie, że podczas udzielania wywiadu, powinno się mówić.
      ― Na początku zawsze jest strach ― ciągnął więc, pozornie niewzruszony. Pełne wargi przywarły na moment do brzegu szklanki, gdy pociągnął z niej oszczędnie łyk wody. ― Potem wątpliwości, całe mnóstwo. Kwestionuje się swoją sztukę, postrzega się ją, jako kiepską, niegodną spojrzenia ludzkich oczu. Potem jest już, oczywiście, za późno i wszystko dzieje się zupełnie nagle, ale trwa i musisz się z tym pogodzić. Stoisz w miejscu wypełnionym po brzegi twoimi pracami, na które patrzą kobiety i mężczyźni, a kiedy patrzą, rzecz jasna, oceniają. To prowadzi zazwyczaj do ostatecznych emocji, którymi jest duma lub wstyd, może złość. Ciężko to określić zwykłymi słowami. Czuję się oceniany, to jest pewne. Rzadziej, z kolei doceniany i to uczucie mogę już śmiało określić, jako fantastyczne, pobudzające. Mimo wszystko nie powiedziałbym, że wystawy są tym, co określiłbym jako cel malowania.
    Zakończył, przesuwając spojrzeniem po długiej szyi, subtelnie zarysowanej linii szczęk, małym nosie i dwójce zielonych oczu - ich barwa była tak intensywna, że niemalże nienaturalna - już teraz widział, ile odcieni szmaragdu, żółci i akwamaryny trzeba byłoby zmieszać na palecie, by otrzymać odcień, który oplatał szczelnie nieco rozszerzoną źrenicę oka dziennikarki. Do włosów użyłby pewnie wszystkich odcieni pastelowej żółci i...
      ― Przepraszam ― westchnął, wyrwany z obserwacji. ― Czy coś do mnie mówiłaś? Nie zrozum mnie źle, nie chciałem wyjść na niegrzecznego. Po prostu...
    ...chciałbym cię namalować.
      ― Przypomniałem sobie o czymś. Ale to nieważne. Możemy kontynuować ― westchnął, z ledwością powstrzymując się od zmarszczenia brwi. Musiał natychmiast skupić się na mówieniu; nie chciał wyjść na aroganckiego idiotę, a, bogowie, chyba coraz bliżej było mu do takiego właśnie obrazu.
    Weź się w garść, Lawrence. Skup się na słowach, nie włosach, do cholery jasnej.

    Draco

    Z pozoru zadała niezwykle banalne pytanie i Isella zdawała sobie z tego sprawę, ale zrobiła to z kilku powodów - pierwsza rzecz, Josie nigdy nie wybaczyłaby jej, gdyby w tym całym wywiadzie nie było niczego od niej. Druga, cóż, dziennikarka naprawdę nie miała doświadczenia z tego rodzaju sztuką. Można by powiedzieć, że ubrania są jakimś artyzmem, a faktycznie, Isella ubierać się dobrze lubiła. Miała dryg do pisania, więc tym też się zajmowała. Ale gdzie jej do płótna, farb i pędzli?
    Ocenianie. Doskonale to rozumiała. Pisała tylko do gazet, to prawda, ale z drugiej strony, każde słowo, które kiedykolwiek opublikowała i zapewne jeszcze opublikuje - wszystko było weryfikowane. I nie raz zdarzyło się, że rzeczy, które pisała nie przyjęły się tak, jak z początku można by się spodziewać.
    Nie zdała sobie sprawy z tego, że sama także się zamyśliła, a może raczej zapatrzyła. Solas może i nie był typowym przystojniakiem, ale wytwarzał taką dziwną aurę, która nie pozwalała oderwać od niego spojrzenia na dłużej.
    - Nie przejmuj się. Chciałabym zapytać... Cóż, zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie patrzą na mnie trochę wilkiem, ponieważ jestem elfką. Chciałabym dowiedzieć się, czy... Miałeś jakieś trudności w swojej karierze, w związku z tym, że jesteś elfem? Czy dalej je masz? A może wręcz przeciwnie, jest ci znacznie łatwiej?

    Pan Vincent

          Tym razem pytanie, które zadała mu dziennikarka, było jednym z tych, których absolutnie nigdy by się nie spodziewał - wyraz jego twarzy musiał dać jej to doskonale do zrozumienia, bo nim powróciła na nią zupełnie neutralna maska, w szmaragdowych oczach dało się widzieć cień czegoś nieokreślonego.
    Zanim odpowiedział, postanowił zaskoczyć swą rozmówczynię czymś równie niespodziewanym i wyciągnął dłoń, stukając palcem w przycisk zatrzymujący nagrywanie.
      ― Nie sądzę, by rozmawianie na takie tematy było rozsądnym ― wymruczał, pochylając się lekko, by móc przemawiać do dziewczyny ściszonym głosem. ― Takie rzeczy zawsze zakrawają o rasizm, a to, co w tym społeczeństwie jest postrzegane jako rasizm, przynosi tylko kłopoty. Musi mi pani wybaczyć, ale nie odpowiem na to pytanie publicznie. Mój agent rozniósłby mnie na strzępy.
    Widział jej konsternację - była widoczna, jak na dłoni - udawał jednak, że to, co powiedział było absolutnie naturalne i uprzejme. Upił jeszcze łyk kawy, odstawiając pustą filiżankę na bok, niebezpiecznie blisko krawędzi stolika.
      ― Proszę mi zadać inne pytanie ― poprosił grzecznie, spoglądając znów prosto w zielone oczy. Patrzył w nie długo, w milczeniu, starając się przekazać dziewczynie, że naruszyła coś zbyt intymnego, coś, czym nigdy się nie dzielił i dzielić się nie mógł. ― Albo proszę pozwolić mi zadać je sobie.

    Draco

    Zaskoczenie na twarzy młodej kobiety było doskonale widoczne. Nie spodziewała się takiej reakcji, choć zdawała sobie sprawę z tego, że jej pytanie było bardzo prywatne i intymne. Cóż, musiało takie być.
    Isella zmarszczyła delikatnie brwi i odchrząknęła. Już wiedziała, że chociaż ona przygotowała się do tego wywiadu w jakikolwiek sposób, Solas nie odrobił swoich lekcji. Zrobiło jej się co najmniej nieprzyjemnie.
    - Odpowiadam na to pytanie co tydzień, ponieważ jest to główna rzecz, o której piszę. Wiesz, "Elf w wielkim mieście". Więc tak, odczuwam to na każdym kroku, tak samo jak jedna z moich przyjaciółek. - Zapadła chwila ciszy. Isella upiła kilka łyków kawy. - Nie jestem tu dlatego, że moją pasją jest malarstwo albo mam o nim ogromną wiedzę, bo tak nie jest. Zostałam przydzielona do prowadzenia z tobą wywiadu, ponieważ jestem elfem. I ty też. Nikogo nie obchodziło to, że w życiu nie widziałam pracującego malarza, owszem, zdarza mi się chodzić do galerii, ale nie opowiem nikomu o zastosowanych w jakimś obrazie technik, bo się nie znam. Ich interesuje to, jak to jest być elfem w wielkim mieście.

    Pan Vincent

            ― Elf w wielkim mieście ― powtórzył wolno, tonem niepozbawionym pewnej gorzkiej nuty.
    Nie podobało mu się to, co właśnie usłyszał z ust dziennikarki; doceniał jej szczerość, owszem, ale fakt, że cała jej praca bazowała na postrzeganiu życia przez pryzmat rasy, był nieco...
    Irytujący.
      ― Rozumiem ― powiedział wolno, nie starając się nawet ukryć swojego rozczarowania. Czego właściwie mógł się spodziewać po Vogue'u? Może parę czytelniczek rzeczywiście interesowało się malarstwem, może i tak. Ale oczywistym jednak było, że większość z nich interesował tylko skandal, odmienność i plotki.
    Bogowie, to społeczeństwo było tak bardzo wyprane z uczuć wyższych... czasami Solas miał go po prostu dość.
    Gdyby rozmawiał z inną osobą, zapewne podnosiłby się właśnie ze swojego miejsca, rzucając na stolik pośpiesznie dobyte z portfela banknoty. Kazałby Ethanowi odwołać cały ten wywiad i już nigdy więcej nie zgodziłby się na coś podobnego.
    Tak. Być może potoczyłoby się to wszystko w taki właśnie sposób, ale siedząca przed nim dziewczyna... Było w niej coś takiego, że nie chciał się wobec niej tak zachowywać. Nie chciał być niemiły i niegrzeczny. Nie chciał jej sprawić przykrości i chyba to było w tym wszystkim najbardziej zaskakujące.
      ― W porządku ― westchnął ciężko, zmuszając się do nieco ironicznego uśmieszku. Przesunął dłonią po potylicy, zastanawiając się, jak ubrać w zdania kłębiące się w myślach słowa. ― Dajmy twoim czytelnikom to, czego tak pragną.
    Z tymi słowami sięgnął po szklankę z resztką wody, pochłaniając ją w jednym łyku. Oblizał wargi, wracając spojrzeniem do twarzy dziennikarki. Znowu zmuszał ją do patrzenia sobie w oczy, tym razem całkiem świadomie. Pokiwał głową, zachęcając dziewczynę do ponownego uruchomienia dyktafonu.
      ― Bycie elfem wśród tylu ludzi ma, moim zdaniem, zarówno tyle wad, ile zalet. O ile w dzieciństwie mogłem odczuwać wstyd z powodu swego pochodzenia... kierowany docinkami rówieśników, oczywiście ― wyjaśnił pośpiesznie, nie potrafiąc zwalczyć uczucia, które uparcie kazało mu myśleć, że właśnie przekreślał swoją karierę i opinię publiczną ― o tyle w dorosłym życiu nie kryję już swej dumy. Jest nas na świecie niewiele ponad jeden procent, nie można nam zarzucić, by nie było to coś cennego, unikatowego. Kiedyś spotkałem się z odrzuceniem mojej kandydatury do wyborów samorządowych przez szpiczastość moich uszu. Innym razem zostałem przyjęty do pracy bez potrzebnych kwalifikacji, właśnie z tego względu. Jako malarz i elf na raz zyskuję wiele w oczach swych odbiorców ale nie chcę nawet myśleć o tym, że moja sztuka mogłaby zyskiwać na popularności przez to, że moje rysy i uszy nie wyglądają tak samo, jak te, które posiada zdecydowana część ludzkości. ― Urwał, przesuwając dłonią po krzywo stojącej filiżance; czasami, gdy przychodził tu sam, stawiał naczynie niebezpiecznie blisko krawędzi, dając losowi wybrać, czy zostanie ono potłuczone, czy też nie. W jakiś sposób zjawisko tłuczonego szkła, czy porcelany, niezwykle go fascynowało.
    Tak samo, jak igranie z losem.
      ― Wiem, że w innych miastach moje pochodzenie mogłoby się nie spotkać z takim entuzjazmem i zrozumieniem. Jestem wdzięczny, że moje życie potoczyło się w taki sposób, by zaprowadzić mnie właśnie tu ― skinął głową, w myślach winszując sobie za to wzruszające zakończenie. Popatrzył na dziennikarkę w sposób, który miał jej jasno powiedzieć, że wyczerpał temat na tyle, ile mógł, bo naprawdę nie było już nic do dodania.
      ― Czy podać państwu coś jeszcze? ― Jak spod ziemi, pojawiła się przy nich znowu ta sama kelnerka; z nieodzownym uśmiechem na twarzy popatrywała to na jedno, to na drugie, oczekując jakiejkolwiek wypowiedzi.
      ― Nie, dziękuję ― odpowiedział cierpko, pozwalając brunetce na zebranie ze stołu (jednak niepotłuczonej) filiżanki, talerzyków i reszty rzeczy. ― Proszę jednak o rachunek.
    I ciach - ostatnie, nieco gorzkie zdanie które musiało uświadomić pani Lavellan, że ich wywiad został właśnie zakończony.
    Nie umiał tego powstrzymać, to było absolutnie niezależne od niego - był osobą szczerą aż do granic możliwości, nie kryjąc swych intencji, choćby wiązało się to z niewygodnymi spojrzeniami i innymi niedogodnościami życiowymi.

    Draco

    I chociaż odpowiedź na pytanie była czymś więcej, niż się spodziewała - ładunek emocjonalny, jaki za tym szedł był niezwykle szczery - to jednak wracając do domu, Isella czuła się w jakiś sposób brudna.
    Od samego początku próbowała w jakiś sposób przekonać redaktorkę co do tego, że nie jest najlepszą osobą do prowadzenia wywiadu z malarzem. Jasne, gdyby to był projektant mody albo jakiś pisarz - może przynajmniej byłyby tematy wspólne, zawsze mogłaby się czymś podeprzeć, czymkolwiek, do cholery! A tak? Ten wywiad był skazany na porażkę niemalże od samego początku i urwał się tak nagle, jak nagle się rozpoczął.
    Materiału nie starczało na to, aby mówić o wymaganych dwóch stronach tekstu, ale Isella nic nie mogła na to poradzić - Solas przestał być sympatyczny i miły, uciął ich konwersację i nie mogła mu się dziwić.
    Kiedy następnego dnia, po niezbyt dobrze przespanej nocy siedziała przed laptopem, patrząc się na przejeżdżające samochody zaraz obok, na dość ruchliwej drodze przy kamienicy... Cóż, myślała. Dużo. Słuchając zapętlony wywiad. Sięgnęła do kawy na wynos z Starbucksa i upiła kilka łyków karmelowej mochy. Westchnęła ciężko.
    Publikując cokolwiek o elfach, Isella zawsze się bała. Mogło to zrujnować życie osobie, z którą prowadziła rozmowę, ale także jej. Nie miała pewności, jak ludzie zareagują na to, bądź co bądź, dość szczere wyznanie, które udało jej się wyciągnąć z Solasa.
    No właśnie, wyciągnąć. Nie było to coś, czego on sam chciał i teraz efekt mógł być dwojaki. Czy mogła teraz zrezygnować z tego materiału? Zastanawiała się coraz częściej, pomimo tego, że technicznie rzecz ujmując tekst został już napisany i w zasadzie nie powinna mieć powodów do tego, aby rezygnować. Co, jeśli nie pójdzie dobrze?
    Nie śmiała prosić o więcej materiału od tego mężczyzny, a przecież nie mogła wymyślić sobie dalszych jego opinii. Gdzieś w kościach Isella przypuszczała, że efekt jej pracy nie przypadnie do gustu Vivienne, jej redaktorki, ale nie mogła odrzucić już tej propozycji. Musiała zapłacić rachunki, kupić jedzenie... Cóż. Życie.
    Będzie co ma być.

    - Nie spodziewałam się, że napiszesz coś tak dobrego! Właśnie o to chodziło, o tę szczerość, o tę magię. Nikt wcześniej nie wyciągnął takich wyznań od Solasa Lawrence. Jak to zrobiłaś?
    Prawdopodobnie nikt wcześniej nie widział takiej ekscytacji na twarzy Vivienne.
    - Czekaj, podoba ci się?
    Twarz Iselli wyrażał tylko i wyłącznie szok.
    - Czy podoba? Jest fantastycznie! Szkoda tylko, że tak krótko, ale można dopisać wstęp, przedstawić go jakoś i myślę, że to wystarczy. Nawet lepiej, zostawia tajemnicę. Musimy mieć z nim okładkę, musimy!

    Pan Vincent

            ― Przepraszam, mamo ― wymruczał od progu, odstawiając pod ścianę torby z zakupami. Pochylił się nieco, by objąć kobietę w krótkim, choć niepozbawionym czułości uścisku. ― Zapomniałem, że powinienem wyjechać wcześniej i spędziłem w korkach dobrą godzinę.
      ― Nie masz za co przepraszać ― machnęła dłonią, wykrzywiając wargi w łagodnym uśmiechu. Kilka rudych pasm wysunęło się spod ciasnego węzła, psując perfekcyjnie wykonany kok.
      ― Gdzie się podział Cole? Mam dla niego parę drobiazgów ― dla potwierdzenia własnych słów, wzniósł w górę jedną z toreb, tę która nosiła na sobie wymowne logo sklepu, w którym zawsze zamawiał modele statków. ― Trzy tysiące elementów, farby i pędzelki z włosiem grubości milimetrów, wszystko tak, jak lubi.
      ― Ach, to naprawdę przepiękny prezent ― Solas nie potrafił się nie uśmiechnąć, kiedy twarz jego mamy rozjaśniała radosna ekscytacja; od czasu choroby ojca, nie bardzo potrafiła znaleźć sobie miejsca. Zanim jednak pani Lawrence zdążyła jakkolwiek odpowiedzieć, na schodach rozległ się głośny tupot i wkrótce tuż przed nim pojawił się niewysoki i bardzo szczupły młodzieniec z szopą słomianych potarganych włosów, sterczących teraz we wszystkie strony świata.
      ― Myłem się ― poinformował go krótko Cole, robiąc przy tym bardzo ważną minę. ― Statek ― dodał zaraz potem, tym razem prosząco, grzecznie.
      ― Jasne. Masz swój statek. Ale niedługo kładź się do łóżka, ok? Obiecaj! ― Krzyknął za oddalającym się pośpiesznie chłopakiem. Wymienili się z matką porozumiewawczymi spojrzeniami i właśnie wtedy nadszedł moment na powracającą uparcie krępującą ciszę.
      ― Będę się zbierał ― rzucił szybko, podając kobiecie resztę pakunków. ― Mam jutro mnóstwo pracy, muszę jeszcze jakoś dotrzeć do...
      ― Nie zostajesz na kolację? Mogę odgrzać obiad i...
      ― Nie, mamo. Przepraszam, ale... sama rozumiesz.
    Nie chcę widzieć ojca, nie takiego.
      ― Tak, tak ― radosna ekscytacja zniknęła tak szybko, że równie dobrze mogłoby jej tam nigdy nie być. Solas westchnął ukradkiem, łapiąc za klamkę. Pochylił się, składając na czole kobiety pojedynczy pocałunek. ― Dziękuję, że przyjechałeś choć na chwilę. To zawsze miłe, móc cię zobaczyć. Bądź ostrożny i zajrzyj tu kiedyś na dłużej, dobrze?
    Wyrzuty sumienia sprawiły, że nie potrafił z siebie wykrzesać nawet fałszywego uśmiechu - otworzył więc drzwi i pomknął przed siebie, nie obracając się przez ramię.
    Wiedział, że mógłby nie znieść tego widoku.
          Nienawidził telefonów, które zakłócały mu jego wieczorne rytuały (a było ich całkiem sporo) - miał o wiele lepszy humor, gdy po powrocie do domu mógł w spokoju się wykąpać, zjeść kolację i poczytać książki - niestety z Ethanem Wilgthem było to po prostu niemożliwe.
      ― Słucham ― nie silił się nawet na przyjazny ton, bo tysiące razy powtarzał swemu agentowi, jak bardzo nienawidził tego, jaki był krnąbrny i niecierpliwy. Czy naprawdę nie mógł poczekać z tymi swoimi "nowinkami" do rana? Co było tak istotne, że musieli to przedyskutować akurat w tej chwili?
      ― Nie denerwuj się, to zajmie tylko chwilę ― z głośnika popłynął nieco stłumiony głos, który sprawił, że Solas potrafił tylko przewrócić oczami.
      ― Po prostu mów.
      ― Ten wywiad, który udzielałeś kilka dni temu pewnej ślicznotce... ― Ethan zamilkł na chwilę, próbując chyba uczynić pełną napięcia pauzę, ale bliżej od napięcia malarzowi było do wewnętrznej śmierci. ― Okazało się, że jest totalną...
      ― Klapą? ― Podsunął, sięgając po porzuconą poprzednio szklankę z wodą. Zanurzył w niej wargi, ciesząc się świeżym chłodem i...
      ― Klapą?! ― ...wypluł jej część na kolana, łapiąc się gwałtownie za pierś. ― To prawdziwy sukces, stary! Vivienne pieprzona Fer chce żebyście dokończyli ten wywiad, a potem da cię na okładkę! Okładkę vogue'a, Solas, słyszałeś?!
      ― Żartujesz sobie? ― Zapytał nieco głośniej, niż zamierzał, ale... Bogowie, tego się nie spodziewał, absolutnie! Nawet on, zazwyczaj absolutnie pogardzający wszelkimi magazynami modowymi i mediami, musiałby być skończonym głupcem, by nie wiedzieć, ile dla jego kariery znaczyłaby taka okładka.
      ― Nie żartuję! Umówiłem cię na jutro w hotelu na szóstej. Piętnaste piętro, pytaj o...
      ― Jutro? Nie mam na to czasu, mam całe...
      ― Znajdź sobie trochę, stary. Musisz tam dotrzeć na drugą, wyrobisz się jeszcze przed korkami, co? Johnes, pytaj o Johnes. Fer wspominała coś o jakimś malowaniu, więc nie bierz ciuchów, które byłoby ci szkoda ubrudzić, zgoda? Miłego wieczoru.
    I już, niczego więcej - jedynie głuche pikanie rozłączonego połączenia. Solas popatrzył smętnie na telefon, później powrócił wzrokiem do plamach na oblanych wodą spodniach.
    Westchnął bardzo, bardzo głęboko i wrócił do jedzenia kolacji.

    Draco

    Praca Iselli ograniczała się do pisania artykułów. Tematyka była różna, zwykle wiązało to się z życiem młodej kobiety w wielkim mieście, nierzadko były jakieś artykuły poświęcone tylko elfom w ramach propagandy, która mówiła o tym, że wcale nie była taka zła.
    Jako że Vivienne zdecydowała, że Isella powinna zadać jeszcze kilka pytań, musiała stawić się po raz kolejny na spotkanie. Niespecjalnie ją to radowało, ponieważ miał to być dzień wolnego, może zakupów, ale była to kwestia, co do której nie miała nic do powiedzenia.
    Przez większość czasu wydawało jej się, że spotkanie ma być w siedzibie Vouge, dopiero w taksówce przeczytała sms-a, który poinformował ją, że była w błędzie. Niemniej jednak nie spóźniła się, co przywitała z ulgą. Miała do tego, zdecydowanie, talent, a nie chciała źle wypaść w oczach tego artysty. Już i tak czuła się trochę winna, w związku z tym, co udało jej się wyciągnąć. Miała wrażenie, że nie wypadła wtedy wcale dobrze, a z jakiegoś abstrakcyjnego powodu czuła się z tym niewygodnie. Uśmiechnęła się do recepcji, podała nazwisko, na które został zamówiony pokój i mogła iść. Ekipa od sesji zdjęciowej już była na miejscu, nieco wcześniej, biorąc pod uwagę fakt konieczności rozłożenia sprzętu. Z początku to Isella miała mieć jako pierwsza swoje pół godziny na rozmowę z malarzem, ponownie, jednakowoż nie wyszło to, najwidoczniej, najlepiej. Stojąc w windzie przejrzała się w lustrze. Wysoki kucyk odsłaniał jej szyję i ramiona, tym razem nagie. Isella poprawiła bluzkę, której delikatnie bufiaste rękawy sięgały jej przedramion. Podciągnęła jasne, jeansowe spodnie z wysokim stanem. Na zewnątrz było naprawdę ciepło, więc lekko odkryty brzuch nie był żadną ujmą. Nie miała się czego wstydzić. Do tego zwykłe, białe tenisówki i przewieszona przez ramię torba. Nie wyglądała jakoś zachwycająco i nietypowo. Sama nie wiedziała, dlaczego wolała wypaść dobrze. No dobrze, może wiedziała. Nie chciała już raczej zrobić Solasowi więcej przykrości w związku z tym wywiadem, więc wolała, żeby wszystko było idealnie. Nawet jeśli chodziło o tak trywialne rzeczy, jak jej wygląd.
    Weszła do środka. Przed oczami miała duży, rozświetlony pokój z kilkoma kanapami i dużą przestrzenią przed zupełnie białą ścianą. Zapewne tutaj będą robić zdjęcia.
    Na szczęście do zdjęć wyznaczyli kogoś innego, z pewną ulgą pomyślała Isella. Niby było to oczywiste, w końcu żaden z niej fotograf, ale technicznie rzecz biorąc wywiadów z malarzami robić też nie powinna, więc...
    Zamówiła do pomieszczenia dużą, mrożoną kawę i gdy tylko odłożyła hotelową słuchawkę, usłyszała ciche pukanie i otwieranie drzwi.
    Odwróciła się i ujrzała Solasa Lawrence.
    Uśmiechnęła się lekko, dość nieśmiało, na jego widok.
    - Witam. Znów się spotykamy, prawda? Coś do picia? Właśnie zamówiłam mrożoną kawę.
    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:22

    Pan Vincent

          Poruszanie się po ulicach Nowego Jorku, było już trudne samo w sobie, a kiedy dochodziła do niego wymuszona umiejętność zamawiania taksówek i lawirowania między dzikimi tłumami, które przewijały się gęsto w niemalże każdym miejscu - zwłaszcza teraz, gdy zrobiło się ciepło i słonecznie - stawało się to niemalże niemożliwe.
    Na szczęście Solas przewidział tę mało sprzyjającą okoliczność i opuścił swoje mieszkanie godzinę przed samym spotkaniem - dziękował za swoją przezorność wszystkim bezimiennym bóstwom, gdy okazało się, że na miejsce dotarł jedynie kwadrans przed czasem.
    Wkraczając do hallu, udał się prosto do kontuaru, gdzie zgodnie z instrukcjami, zapytał o panią Johnes. Pani Johnes okazała się miłą kobietą koło czterdziestki, która podała mu w dłoń parę plików z umowami (w tym i kopię umowy, która obejmowała dzisiejszą sesję) i kartę magnetyczną do pokoju ze szczęśliwym numerem siedem.
    Stojąc w windzie, rzucił pojedyncze spojrzenie na swoje odbicie w lustrze - na szczęście nie wyglądał na tak strapionego, jakim się czuł - musiał przyznać, że odrobinę obawiał się pracy z obiektywem. Nie lubił, gdy robiono mu zdjęcia już od samego dzieciństwa, a świadomość, że teraz będzie je miał robione wśród całego tłumu ludzi, napawała go nerwowością.
    Przycisnął kartę do zamka i pchnął śmiało drzwi, zaglądając do środka - pierwszym wrażeniem była biel, absolutnie dominująca - biała ściana, białe materiały, białe lampy i ogromna sztaluga, także biała, oczywiście.
    Potem zauważył panią Lavellan - uśmiechała się do niego lekko, chyba z zawstydzeniem. On sam był zbyt zdenerwowany, by się uśmiechnąć.
      ― Trudno zaprzeczyć ― skinął głową, rozglądając się ciekawie po zakątkach pokoju. ― Woda byłaby w porządku, dziękuję.
    Właściwie chciał nawet dodać coś więcej - coś, co pozwoliłoby myśleć dziennikarce, że wcale nie był taki zły, że było mu nawet odrobinę głupio za to, że potraktował ją wtedy nieco... oschle, ale w tej samej chwili w drzwi uderzyło coś ciężkiego, a do środka zaczęli się wlewać przedstawiciele ekipy i fotograf.
    Solas popatrzył na wiadra farby, całe wiadro pistoletów na wodę, pędzle i... zamarł, czując jak jego brwi samoistnie wędrują w górę czoła. Co tu się właściwie działo?
      ― Bodypainting! ― Wykrzyknęła radośnie jedna ze świeżo przybyłych kobiet, w której malarz rozpoznał po chwili redaktorkę magazynu. ― Pomyśleliśmy o czymś symbolicznym i modnym! Rozbierze się pan i stanie sobie tu, albo tam, co myślisz Kate?  ― Upierścieniona dłoń wskazała parę miejsc pod ścianą, a zaaferowana asystentka kiwała gorliwie głową.
    Solas miał jednak gdzieś ścianę i asystentkę, bo w umowie nie mówiono mu niczego o rozbieraniu! Miał tylko...
    Cholera, właściwie w ogóle nie czytał tej cholernej umowy - mógł sobie tego właśnie pogratulować.
    Chrząknął głośno, ściągając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
      ― Rozbierać? ― Powtórzył powątpiewająco, przesuwając dłonią po głowie. ― Jak to?
      ― Wszystko w porządku, panie Lawrence. Rozbieramy się do bielizny, dostanie pan od nas specjalne spodnie, to bardzo modny krój. I tak niczego nie będzie widać, bo zaraz opryskamy pana farbą. Hose, jak to widziałeś?
    Spod ziemi wyrósł nagle niewysoki jegomość w czarnym golfie i z roziskrzonym spojrzeniem zaczął opowiadać o swojej wizji.
      ― Pan Lawrence stanie w tym miejscu z farbą na całym ciele, przed sztalugami. Pędzel kierował będzie na sztalugi, spojrzenie na mnie. Istna eksplozja barw i doznań, mocny przekaz.
      ― Ja... nie wiem, czy to dobry pomysł... ― zaczął, ale uradowany pisk Kate skutecznie udaremnił mu mówienie.
      ― Proszę się przebrać, tam jest chyba łazienka. Wszyscy na miejsca. Dajcie dobre światło! W międzyczasie Isella może robić wywiad, prawda? ― Vivienne skierowała spojrzenie na swoją pracownicę, rozciągając wargi w zadowolonym uśmiechu.  ― Ruchy, ludzie! Za tydzień mamy deadline!

    Draco

    - Jasne, mogę - mruknęła Isella, ale na tyle cicho, by nie było jej w ogóle słuchać.
    Odgarnęła z policzka kilka kosmyków, które wyszły jej z wysokiego kucyka i założyła je za ucho.
    No i tyle było z tych kilku chwil, które miała mieć tylko dla siebie. Po co dawać pracownikowi pół godziny ciszy i spokoju, gdzie można by dokończyć tę niefortunną rozmowę.
    Tym razem Vivienne zostawiła Iselli kilka pytań, które elfka miała zadać mężczyźnie. Jak to Fer powiedziała, "To chcą wiedzieć nasze czytelniczki, Isella!". Prawdę powiedziawszy, jasnowłosa w ogóle nie spojrzała na tę kartkę wcześniej i teraz, czytając pytania trochę tego żałowała. Nie, nawet nie trochę. Bardzo.
    Skrzywiła się delikatnie. Jakie sztampowe!
    - W porządku. Jak się czujesz? Mam nadzieję, że w porządku - Isella uśmiechnęła się delikatnie, próbując dodać otuchy mężczyźnie, który ewidentnie nie czuł się komfortowo.
    Stał tam półnagi, boso, oświetlony. Cóż, elfka chociaż chciałaby, nie mogła zaprzeczyć - mężczyzna wyglądał naprawdę dobrze. Może nawet... lepiej, niż się spodziewała.
    Dopiero gdy asystetka Vivienne szturchnęła ją lekko w ramię Isella zauważyła, że trochę się zagapiła. Odchrząknęła i włączyła nagrywanie.
    - W porządku. Zacznę może od pochwały. Słyszałam o tym, że chętnie dajesz swoje obrazy na aukcje charytatywne. Wydaję mi się, że nie jest to powszechne zjawisko, bardzo hojnie z twojej strony. Co najbardziej lubisz malować? Nie tylko na takie okazje, ale ogólnie rzecz ujmując? Co daje ci najwięcej natchnienia, gdzie czerpiesz inspiracje?

    Pan Vincent

          Wszystko działo się tak szybko i gwałtownie, że Solas ledwo dawał radę za tym nadążyć - w jednej chwili stał pośrodku pokoju i pytał się o to, czy na pewno musiał się rozbierać, a w następnej zajmował miejsce pośrodku specjalnie rozłożonej maty, upijając łyk wody z podanej mu przez asystentkę szklanki. Wokół niego latało mnóstwo osób - ktoś pudrował mu twarz, ktoś inny świecił mu lampą prosto w twarz. Jeansy były w dziwnym kroju i nie czuł się w nich komfortowo, ale to i tak było niczym przy dyskomforcie, w który wprawiali go ci wszyscy ludzie.
      ― Proszę się trochę przesunąć w lewo ― poprosił go grzecznie Hose, kiwając jednocześnie głową do dwóch milczących do tej pory jegomości, którzy zgodni chwycili w swe dłonie wiadra z farbą.
    Zanim jednak chłodna ciecz zderzyła się z jego ciałem, głos zabrała siedząca nieopodal dziennikarka.
    W jakiś sposób czuł się pokrzepiony tym, że to właśnie ona pomyślała o głupim, wydawałoby się pytaniu. Jak się czuł? Okropnie, strasznie. Ale nie zamierzał jej tego przecież mówić.
    Na szczęście nie oczekiwała chyba odpowiedzi - zdążył zaledwie skinąć głową i głos zabrał ktoś inny, poprawiając znowu ustawienie światła.
      ― Proszę się rozluźnić ― pani Fer uśmiechnęła się do niego lekko, przygryzając jeden ze starannie wypielęgnowanych paznokci. ― Pierwszy idzie niebieski!
    I poszedł - cała fala lodowatego błękitu zalała jego klatkę piersiową, spływając gęstymi strugami przez brzuch, uda i łydki - ciężkie krople spadały na matę, rozmazując mu się pod bosymi stopami.
      ― Nie musi się pan przejmować, są nietoksyczne ― Solas odetchnął głęboko, posyłając fotografowi średnio rozbawione spojrzenie. ― Co teraz, Vivienne?
      ― Może dajcie zadać Iselli jakieś pytania ― redaktorka spojrzała znacząco przez ramię, a wszyscy podążyli zgodnie za jej wzrokiem. Panna Lavellan, zamrugała gwałtownie, wybudzając się najwyraźniej z własnych rozmyślań; Solas uśmiechnął się ukradkiem, rozbawiony jej roztargnieniem.
      ― W porządku ― odezwała się wreszcie cicho, układając się na kanapie w niepozbawionej gracji pozycji. Nawet w zwykłych jeansach i tenisówkach wydawała mu się bardzo delikatna i kobieca. ― Zacznę może od pochwały. Słyszałam o tym, że chętnie dajesz swoje obrazy na aukcje charytatywne. Wydaję mi się, że nie jest to powszechne zjawisko, bardzo hojnie z twojej strony. Co najbardziej lubisz malować? Nie tylko na takie okazje, ale ogólnie rzecz ujmując? Co daje ci najwięcej natchnienia, gdzie czerpiesz inspiracje?
      ― Dziękuję ― odparł szczerze, choć rozmawianie do kogoś z odległości paru dobrych metrów, nie było zbyt wygodne. Jedna z makijażystek zbliżyła się do niego pośpiesznie, rozcierając według instrukcji dużą plamę błękitu na jego czole i policzku. ― To jest... ja... myślę, że najbardziej lubię malować osoby, ale rzadko ma to chyba coś wspólnego z, a-och! ― Tym razem struga farby uderzyła go w okolicę obojczyka i nie umiał się nie wzdrygnąć. ― Portretami ― dokończył niezręcznie, walcząc z odruchem uchylenia się od pomarańczowego strumienia, spryskującego mu usta i brodę. ― To właśnie ludzie dają mi często inspirację i... Czy może pan na chwilę przestać? ― Zapytał z ewidentnym poirytowaniem, odsuwając się o krok od polewającego go namiętnie amarantem kretyna. ― Odpowiem i może pan kontynuować.
      ― Przepraszam, panie Lawrence ― mężczyzna potulnie schylił głowę, choć na jego twarzy nie widniał nawet cień zawstydzenia, choćby udawanego. ― Proszę bardzo.
      ― Inspirację dają mi najczęściej zdarzenia i sytuacje, które widuję na co dzień pośród ludzi. ― W przeciwieństwie do tego, z jaką pogardą zwrócił się przed chwilą do obskakującego go asystenta, do dziennikarki zwracał się bardzo grzecznie, niemalże serdecznie.

    Elf w wielkim mieście.  Tumblr_o23gk0OvCM1rocg83o1_r1_1280

    Draco

    Do mężczyzny oblanego już farbą podszedł po raz kolejny asystent i pieczołowicie zaczął opryskiwać farbą usta, brodę i szyję mężczyzny. Za chwilę przyniesiono jeszcze jedną farbę, tym razem w odcieniu głębokiego fioletu, który najwidoczniej miał iść na niebieski, ściekający z jego ciała.
    Isella spojrzała na kolejne pytanie i niemalże zachłysnęła się tym, co przeczytała. "Jaki kolor ma miłość"? Czy kogoś już naprawdę bolała głowa? Nie ma opcji, żeby zadała to pytanie, było co najmniej żenujące!
    - Osoby, ale rzadko ma to chyba coś wspólnego z portretami? Mogę spytać, co masz na myśli? - Nastała cisza, podczas której nakładano na usta Solasa po raz kolejny pomarańczową farbę. Isella nie wiedziała dlaczego. - Przy okazji, kiedy zaczęła się twoja przygoda z malowaniem? Widziałam kilka twoich prac i są naprawdę piękne.
    Kolejna fala farby wylała się na stojącego mężczyznę. Isella aż skrzywiła się, zdając sobie sprawę z tego, że toksyczna, czy nie - to dalej farba. Całe szczęście, Solas był łysy, to prawdopodobnie ułatwi mu pozbycie się kolorowych smug z ciała. Elfka miałaby z tym naprawdę poważny problem.

    Pan Vincent

          Ledwo powstrzymał się od tego, by nie splunąć sobie pod nogi wściekłą purpurą - jej krople dostały mu się do ust i gorzki smak podrażnił język, sprawiając, że mężczyzna skrzywił się wyraźnie.
      ― Moje obrazy w większości nie są pozowane ― wyjaśnił, obracając się w taki sposób, by móc spoglądać na dziennikarkę chociaż kątem oka. Fotograf poprawił go jednak za chwilę, tłumacząc, że chce, by zdjęcie przedstawiało go skupionego nad swym dziełem. Urwał więc (znowu) swoją wypowiedź, pozwalając sobie zrobić parę zdjęć. Lampy oślepiały go nieco i nie pozwalały na "naturalne" zachowanie, do którego tak bardzo go namawiano. Potrafił tylko stać i myśleć o tym, że był obserwowany. Krępowało go to i bardzo chciał już po prostu znaleźć się w domu, w swojej wannie, pośród bieli i przeszklonych ścian.
    Dość miał na dzisiaj kolorów.
    Zdziwił go fakt, że kolejne pytanie przywitał niemalże z wdzięcznością - głos dziennikarki w jakiś niewytłumaczalny sposób go rozluźniał.
      ― To bardzo miłe, dziękuję ― tym razem uśmiechnął się absolutnie szczerze, chyba po raz pierwszy, odkąd przekroczył próg tego pomieszczenia.   ― Myślę, że nie było jakiegoś poważnego początku. Zacząłem malować jako małe dziecko, później zapisywano mnie na różnego rodzaju zajęcia, obozy i kursy, pamiętam, że nigdy nie narzekałem na nadmiar wolnego czasu.
      ― Proszę nie zmieniać miny i delikatnie się obrócić! ― Wykrzyknął Hose, w akompaniamencie wściekłego klikania. ― Niech uniesie pan odrobinę ten pędzelek... teraz delikatnie dotknie sztalug, samym czubkiem... Proszę na mnie spojrzeć! A teraz w obiektyw! Dokładnie tak, cudownie!

    Draco

    - Jak w takim razie takie niepozowane obrazy powst... - Isella zauważyła spojrzenie Vivienne, które jasno mówiło, że nie były to rzeczy, które interesowały czytelników Vouge'a i nie są to wiadomości, które elfka potrzebowałaby do swojego artykułu.
    Jasnowłosa odchrząknęła więc cicho, zmieszana i zirytowana tą niemą uwagą. Dotychczas bardzo ceniono sobie podejście Iselli, cały pomysł na wywiad się podobał i nagle coś było nie w porządku, bo była rzecz, która naprawdę zainteresowała elfkę? Bezsens.
    No tak, lepiej było pytać o to, jaki kolor miała miłość.
    - W porządku. Mam dwa ostatnie pytania i będziesz ode mnie absolutnie wolny, Solas. Przygotuj się, bo są naprawdę wyborne.
    Ton głosu Iselli był dziwnie entuzjastyczny i wręcz przerysowany. Jak inaczej, niż w nieco żartobliwym tonie miała zadać te pytania?
    - Jaki kolor ma miłość, według ciebie? Oraz - czy malarze mają mniej czasu na randki?
    Spojrzenie jej rozmówcy - bezcenne.

    Pan Vincent

           ― Słucham? ― Zapytał, czując ręce opadają mu luźno wzdłuż tułowia. Po raz pierwszy odkąd przystąpił do całej tej idei wywiadu, Solas zdążył poczuć, że rozmowa zaczynała go wciągać, tymczasem z interesujących, pytania powróciły do...
    Och, nie, tym razem nie mógł nazwać ich typowymi, lub nudnymi.
    Te pytania były po prostu bezdennie głupie.
      ― Ja... Kto właściwie wymyślił te pytania? ― Zapytał po prostu, nie szczędząc sobie przy tym widocznego zażenowania i politowania. Parsknął śmiechem, spoglądając w twarz widocznie równie zażenowanej dziennikarki, która zawtórowała mu wdzięcznie.
      ― To pytania, które zainteresują szerokie grono naszych czytelniczek i czytelników ― wtrąciła się Vivienne Fer, wzruszając elegancko ramionami. ― Niech pan coś wymyśli, cokolwiek. Nie godzi się, by nie dodać do tego odrobiny pikanterii, to w końcu okładkowy temat. Na boga, jest pan mężczyzną na okładce kobiecego magazynu, to musi być coś!
      ― W porządku ― odpowiedział nieco cierpko, nie przestając się przy tym uśmiechać. Uśmiech ten nabrał stopniowo nieco jadowitej nuty. ― Uważam, że miłość jest biała. Jest jak płótno, które możemy przykryć każdym kolorem, jaki uznamy za stosowny. Miłość jest czarna i biała, jest czerwona i niebieska, jest różowa i żółta. Jest zmienna i nie da się jej zdefiniować kolorem. Nie wiem, ile czasu mają na randki ludzie, którzy nie są malarzami, ale ja sam mogę śmiało powiedzieć, że już w tej chwili jestem gdzieś prawdopodobnie spóźniony.
      ― Co to oznacza, panie Lawrence? ― Ku jego bezgranicznemu zdziwieniu, rozmowę kontynuowała sama redaktorka, nie panna Lavellan. Wysoka kobieta patrzyła na niego z dziwnym ogniem w oczach, widocznie niezadowolona z jego podejścia do mało interesujących pytań.
      ― To oznacza, że nie w ogóle nie mam na nic czasu, pani Fer.

    Draco

    - Cieszę się, że znalazłeś czas dla mnie, w takim razie - Isella uśmiechnęła się do mężczyzny.
    Podniosła się z kanapy i podeszła do niego z ciepłym wyrazem twarzy.
    - Dziękuję - wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Spojrzała na palce umazane farbą i wzruszyła ramionami, ściskając jego dużą dłoń, mimo wszystko. - Nie przejmuj się. To tylko farba. Naprawdę mi miło.
    - Możesz już iść. Tylko pamiętaj, tekst ma być na jutro najpóźniej! - Vivienne niemalże wygoniła ją z pomieszczenia, zamykając za dziewczyną drzwi.
    Nie pozostało jej nic więcej, jak po prostu iść do domu i pracować.

    Nikt nie spodziewał się, że ten artykuł będzie aż tak dobry, to na pewno. Isella, z pewnością, była tym całkowicie zszokowana. Dzień po druku Vouge już było wiadomo, że ten egzemplarz gazety rozszedł się szybciej, niż kiedykolwiek.
    Z tej okazji Vivienne uznała, że trzeba wydać przyjęcie. A jak pani Fer postanowiła, tak też się stało.
    Zostali zaproszeni wszyscy, nawet Isella. I chociaż nie było jej do końca w smak, to jednak nie mogła odmówić. Zaproszenie obejmowało też osobę towarzyszącą, a ponieważ elfka nie miała żadnego chętnego męskiego przedstawiciela, ale już damskie i owszem, postanowiła na całą imprezę wkręcić swoje przyjaciółki. Były więcej, niż zadowolone i podekscytowane.
    - Impreza Vouge z nami, trochę nie mogę w to uwierzyć - stwierdziła Josie, ewidentnie podekscytowana. - Będę mogła poznać Solasa, jego sztuka jest niesamowita.
    - Jak to nie możesz w to uwierzyć? Jesteśmy świetne, Vouge to idealne miejsce - stwierdziła pewna siebie Variel.
    I tak, cztery przyjaciółki poszły podbijać imprezę. Cóż, trzeba było przyznać, że z bratnimi duszami Isella czuła się znacznie pewniej i nawet wielki bankiet nie był już aż tak straszny.

    Pan Vincent

          Nie zamierzał przyjmować zaproszenia na przyjęcie, ale kiedy Ethan rozpoczął swoje codzienne zrzędzenie, które obejmowało zapychanie mu skrzynki pocztowej wiadomościami głosowymi, w których wylewał swój żal, podkreślając, że jako agent był w stanie zrobić dla jego kariery więcej, niż on sam...
    A potem doszły te sms-y, ciągłe wydzwanianie i mina zbitego psa i...
    Bogowie, zgodził się. Zgodził się na to głupie przyjęcie, choć pożałował tego od razu, gdy to zrobił.
    Okładka... cóż, zarówno ona, jak i cały wywiad, okazały się sukcesem - ludzie nieustannie wypisywali do niego z gratulacjami, zdążył dostać na facebooku około tysiąca zaproszeń, zdjęcia prac, które zamieszczał na portalach społecznościowych również zdobyły trzy razy większą popularność i...
    Wszystko momentalnie ruszyło jeszcze bardziej do przodu - zaczęto go zapraszać do porannych wiadomości, odezwały się również kolejne gazety, które chciały mieć prawa do wywiadu.
    Odmawiał przynajmniej zdecydowanej części - po ostatniej przygodzie doskonale zrozumiał, że całe to zamieszanie, które ciągnęły za sobą media, absolutnie do niego nie pasowało.
    Wolał pozostać przy spokojnym malowaniu, w swoim własnym domu. Bez czyichś zasad i farby, wlewającej się w gardło.
    Największy szok (i wstyd) przeżył, gdy któregoś razu - do tej pory nie wiedział, co go do tego podkusiło - zdecydował się... wygooglować. Wpisał swoje imię i nazwisko w wyszukiwarkę i zobaczył... cały tabun artykułów o jego ciele.
    Kobiety zachwycały się ramionami - pisały o tym, jak zgrabny był jego brzuch, jak apetycznie wyglądał, pokryty farbą. Pisały jeszcze wiele różnych rzeczy, ale docierając do niektórych z nich, Solas nie chciał sobie tego przypominać.
    Do tej pory piekły go uszy na samą myśl, że...
      ― Pan Lawrence! ― Z końca sali rozległo się charakterystyczne wołanie i tuż przy nim zjawiła się ubrana w elegancką suknię Vivienne Fer. ― Cudownie, że się zjawiłeś! Przybyłeś tu z osobą towarzyszącą? ― Kobieta uśmiechnęła się krzywo, spoglądając mu teatralnie za ramiona (za którymi oczywiście nikogo nie było). ― Nie? Może w takim razie napijesz się ze mną szampana?
    Tuż przy nich pojawił się kelner, serwując uprzejmie tacę z rzeczonym alkoholem. Solas przechylił kieliszek, zwilżając alkoholem wargi; nie przepadał za smakiem szampana, ale musiałby być skończonym idiotą, gdyby nie zgodził się opić swego własnego sukcesu.
      ― Nie spodziewałam się, że wszyscy przyjmą ten artykuł z taką przychylnością. Trzeba przyznać, że nieźle to obmyśliłam. Czytałeś, co myślą o twoim ciele? Pocieszy cię pewnie wiadomość, że samo zdjęcie było niewiele retuszowane? Z tego co wiem, poprawili ci trochę nos i...
      ― Pani Lavellan ― przerwał nagle, dostrzegając w tłumie ludzi znajomą twarz. Z jakiegoś powodu widok jej osoby go uradował. Uśmiechnął się przyjaźnie, wymijając panią Fer, nieświadomy strasznego foux pas, które właśnie popełniał - przystanął tuż przed kobietą, wznosząc w górę swój kieliszek. ― Miło panią widzieć. Muszę pochwalić pani pracę, jestem... Zaskoczony tak miłymi słowami. Świetnie pani pisze.
    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:22

    Draco

    Wszystkie cztery dziewczyny rozpierzchły się po wielkiej sali. Cóż, Isella nie spodziewała się wiele więcej. Pierwsze dziesięć minut stały wspólnie, cicho plotkując, ale wkrótce każda zauważyła potencjalnie interesującego je człowieka, z którym warto byłoby zapewne zamienić kilka słów. Każdy, prócz Iselli, której w zasadzie nawet na tym nie zależało.
    Upiła kilka łyków szampana, krzywiąc się pod nosem. Nie był to jej ulubiony alkohol, ale nie zamierzała narzekać, biorąc pod uwagę fakt, że był darmowy. Nie spodziewała się, że ktoś ją zaczepi. Kiedy usłyszała swoje nazwisko, obróciła się zaskoczona i spotkała się z... Solasem.
    Uśmiechnęła się do niego lekko. Długa, granatowa, prosta suknia na ramiączkach otulała jej kształtne ciało, ukazując w zasadzie wszystkie atuty, jakie mogła posiadać.
    - Mieliśmy przejść na "ty", panie Lawrence. Czyżby ta opcja nie była dla pana ciekawa?
    Uśmiechnęła się lekko zadziornie, upijając po raz kolejny łyk alkoholu.
    - Cieszę się, że jest pan zadowolony z efektu. I cóż, to nie były tylko miłe słowa do artykułu. Naprawdę wywarł pan na mnie pozytywne wrażenie.
    Parsknęła cichym śmiechem, widząc niemalże czerwoną twarz swojej redaktorki kątem oka.
    - Chyba Vivienne jest urażona. Ciekawe co się stało.

    Elf w wielkim mieście.  Tumblr_oipphdcvsV1rocg83o1_r2_540

    Pan Vincent

          Zdziwiła go delikatna zmiana, którą mógł zauważyć w dziennikarce - nie biła już od niej tak potężna fala nieśmiałości, ale lekka zaczepność, która w żadnym stopniu go nie raziła, może nawet...
    Traktował ją w pewien sposób, jak zaproszenie do flirtu.
      ― Rzeczywiście ― przyznał jej rację, upijając znów łyk szampana. Patrzył na pełne wargi, wygięte w tym przyjaznym, choć gotowym do złośliwości uśmieszku. ― Zapomniałem o tym. Więc... Isella, tak?
    Pozwolił, by ich kieliszki zetknęły się znów ze sobą (już dawno nie pozwalał sobie na takie tempo picia, ale miał przecież świętować swój sukces, do cholery!) i zaśmiał się cicho, obracając się przez ramię do Vivienne, by przeprosić ją wzniesieniem dłoni - najbardziej ostentacyjny i pełen rezerwy ruch, świadczący o tym, że nie zamierzał na razie kontynuować ich rozmowy o retuszowaniu jego nosa.
    Retusz nosa. Bogowie, gdzie pędził ten świat?
      ― Nic jej nie będzie ― odparł miękko, spoglądając kobiecie w intensywnie zielone oczy. ― Jest... jesteś tu sama? ― Poprawił się pośpiesznie, pilnując, by znów nie wymknęła mu się przypadkiem ta oficjalna forma; musiał przyznać, że miał ogromny problem w rozwijaniu znajomości, we "wrzucaniu na luz". Był przyzwyczajony do bycia otaczanym przez ludzi, którzy zwracali się do niego tylko po nazwisku i sam także się tak do nich zwracał. Przemawianie do kogoś jego imieniem, było więc nieco osobliwe, ale i... Wyzwalające.

    Draco

    - Isella - uśmiech na jej ustach poszerzył się, a ich kieliszki stuknęły się ze sobą.
    Gdzieś był tu bar, stały przez chwilę przy nim. Isella rozejrzała się i zlokalizowała bardzo szybko interesujące ją miejsce. Szampan nie był zły, ale jej uraz do tego rodzaju alkoholu nie pozwalał Iselli wypić więcej. Wolała drinka. Dobrego drinka.
    Zirytowanie na twarzy Vivienne to było coś, co w jakiś sposób naprawdę poprawiło elfce humor. Drobny uśmiech cały czas czaił się na ustach dziewczyny.
    Isella przechyliła do końca kieliszek i wypiła resztkę alkoholu, która w nim została.
    - A wolałbyś, żebym była sama, czy nie? - spytała zaczepnie, patrząc mu w oczy. Parsknęła śmiechem, nie będąc w stanie wytrzymać w powadze. - Wybacz. Jestem z przyjaciółkami, ale jak widzisz, rozpierzchły się po sali. Zostałam sama. Masz ochotę na jakiegoś drinka? Nie znoszę szampana, jeśli mam być szczera.
    Isella odstawiła pusty kieliszek na tacę przechodzącego kelnera. Wraz z Solasem przenieśli się w kierunku baru, gdzie blondynka zamówiła cosmopolitana.
    - A ty? Przyszedłeś tu sam? Chyba malarze naprawdę muszą być zajęci, że ktoś taki jak ty nie ma partnerki.

    Pan Vincent

          Solas nie odpowiedział - pozwolił dziennikarce uczynić parę kolejnych (i przesiąkniętych zaskakującą pewnością siebie) uwag, a potem powędrował za nią do samego baru, gdzie zamówili sobie drinki. Z reguły na przyjęciach ograniczał się do paru kieliszków szampana, ale w tej chwili nie widział powodu, dla którego miałby się specjalnie ograniczać.
      ― Screwdriver ― poprosił cicho, opierając się na ladzie tak, by móc obserwować zarówno barmana, jak i jego towarzyszkę. Musiał przyznać, że w granatowej sukni prezentowała się naprawdę... dobrze. Sama w sobie Isella należała do dość niskich i drobnych kobiet, ale długi, lejący się materiał (który co jakiś czas opinał się to na udzie, to na płaskim brzuchu, to na biodrze) uświadomił mu, że wcale nie była przy tym pozbawiona kobiecej figury i było to...
    Fascynujące odkrycie.
    Pierwszy łyk drinka smakował nieco gorzkawo - wódka była wódką, co tu było kryć - ale następne wchodziły jak marzenie. Szczególnie, kiedy tuż obok stała tak czarująca (naprawdę to pomyślał?) osoba.
      ― To chyba pierwszy raz, kiedy możemy swobodnie porozmawiać ― rzucił, uśmiechając się przyjaźnie. Oparł się wygodniej na barze, przepuszczając tuż obok jednego z gości. Mężczyzna rozpoznał go i pogratulował mu szczerze udanego wywiadu, ewidentnie zachwycony pomysłem okładki.
      ― Pomysł nie był mój ― Solas zaśmiał się z częściowym skrępowaniem, spoglądając z ukosa na dziennikarkę. ― Nigdy nie interesowałem się dziedziną bodypaintnigu i nie należę do entuzjastów tej dziedziny. Nie mnie jednak serdecznie dziękuję, to bardzo miłe.
      ― W tym wywiadzie świetnie pana opisano ― dodał ciemnowłosy jegomość, spoglądając na niego wymownie. ― Na miejscu żony byłbym zazdrosny ― poruszył sugestywnie brwiami, spoglądając na Isellę tak, jakby...
      ― Och, nie, pani Lavellan nie jest moją żoną ― parsknął, zażenowany. Wydawało się, że jego towarzyszka była nie mniej... zdziwiona całą tą sytuacją.
    Ktoś obcy podszedł do nich właśnie, opowiadając Solasowi o artykule, który napisała stojąca obok niego osoba - chwalił styl dziennikarki, biorąc ją za jego żonę. Bogowie, jakie to było pochrzanione, w swojej ignorancji ludzie potrafili być naprawdę niedorzeczni.
      ― Przepraszam, nie wiedziałem. Tak, czy inaczej, miłej zabawy i dzięki za parę słów ― wymamrotał pośpiesznie zawstydzony rozmówca, oddalając się pośpiesznie.
    Przez chwilę malarz stał tak z drinkiem w ręku, odrobinę wmurowany, zastanawiając się nad tym, czy ostatnie tygodnie mogły być jeszcze dziwniejsze.
    Wreszcie wyrwał się z letargu, powracając spojrzeniem do twarzy Iselli.
      ― Miał tupet, co? ― Westchnął, przewracając oczami. ― Czy spotkałaś w swoim fachu kogokolwiek, kto patrzyłby na drugą osobę w nieco... rzetelniejszy sposób? Wiesz, na przykład czytał artykuły, o których opowiadał? Albo rozpoznawał jego autorki?

    Draco

    - Nie bądź dla niego tak surowy. Ludzie naprawdę nie mają pojęcia, jak wyglądają autorzy różnych artykułów.
    Z ust Iselli nie mógł zniknąć uśmiech rozbawienia. Cała sytuacja była co najmniej groteskowa. Trzeba przyznać, jeszcze nigdy nikt nie zasugerował jej małżeństwa z kimś tylko dlatego, że stali obok siebie.
    - Czy wiesz, kto napisał tekst poprzedzający wywiad z tobą? To było coś o zdrowym odżywianiu i nawykach tego rodzaju. Nie, prawda? Powiem ci. Sera Zax. Przysięgam, dziewczyna nie ma zbyt wiele wspólnego z zdrowym odżywianiem, chociaż jest szczupła.
    Isella upiła kilka łyków Cosmo, który głównie składał się z wódki cytrynowej i likieru pomarańczowego.
    - Przyznaję jednak, że to pierwszy raz, kiedy ktoś wziął mnie za czyjąś żonę. Ale przyznaję, zostałeś w wywiadzie świetnie opisany. No, może prócz tych pytań o kolor miłości...
    Jasnowłosa parsknęła śmiechem, opierając się wygodniej o bar.
    - Nawet nie wiesz, jak bardzo byłam zażenowana, zadając to pytanie. To o randki też. To znaczy... Akurat to z randkami nawet może sama bym zapytała, ale w jakiś... Subtelniejszy sposób.

    Pan Vincent

            ― Nie umiem Ci się dziwić ― westchnął, kręcąc głową na samo wspomnienie o tamtym feralnym pytaniu. W tym samym momencie usłyszał drugą część wypowiedzi elfki i musiał zmusić każdą komórkę swego ciała, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo mu to... schlebiło.
    I jak bardzo go zawstydziło.
    Minęło sporo czasu, odkąd pozwolił sobie na jakiekolwiek flirtowanie. Odkąd... w ogóle miał na nie ochoty.
    Tak, były w jego życiu takie czasy, kiedy lubił przebywać z kobietami. Były nawet i takie dni, kiedy stwarzał z nimi związki - zazwyczaj ulotne, wypalające się, jak płomień świecy.
    Później przyszedł moment na ogromny krok w jego karierze, który na długi czas skutecznie pozbawił go jakiejkolwiek możliwości do randkowania - Solas dobrze pamiętał, jak spędzał całe dnie na tworzenie kolejnych obrazów, budując w ten sposób zasoby na swą pierwszą wystawę.
    Wraz z upływem czasu pojawiały się kolejne obrazy i kolejne wystawy, aż wreszcie mógł nawet uznać, że stał się osobą ustatkowaną, ze swoją własną popularnością i pieniędzmi, które pozwalały mu na utrzymanie siebie, zapewnianie sobie wszelkich luksusów, a nawet wspomaganie rodziny.
    Rodzina... właśnie.
    Zdawałoby się, że wreszcie nadszedł dla niego moment na otworzenie się na związki, po raz kolejny - zdążył nawet poczuć w sobie chęć do spotykania się z kobietami, pamiętał to bardzo dobrze nawet dziś.
    Ale jego ojciec... Zachorował. Bardzo ciężko. I ten właśnie fakt przewrócił jego życie do góry nogami, a chęć do szukania sobie towarzystwa pękła, jak mydlana bańka.
      ― Znowu się zamyśliłem ― mruknął z wyrzutem do samego siebie. ― Przepraszam, już jestem na ziemi. ― Zmusił się do cienia uśmiechu i wzniósł w górę swoją szklankę, wznosząc w ten sposób kolejny toast. Na całe szczęście Isella okazała się na tyle inteligentną i taktowną osobą, że nie próbowała go o nic pytać, ani też gniewać się za to, że na chwilę odpłynął.
    Właściwie... chyba wspominał jej o tym nawet przy ich pierwszym wywiadzie. To naprawdę była taka skłonność, której nie umiał w sobie zdusić.
      ― Gdybyś zapytała mnie wtedy, czy poszedłbym z tobą na randkę, absolutnie bym się nie zgodził ― wyznał szczerze, uśmiechając się jednak miło. ― Nie zrozum mnie źle, to... Ta farba. Byłem w paskudnym nastroju. Nienawidzę, kiedy lata wokół mnie tylu ludzi, czułem się okropnie nieswojo.
    Do głowy wpadło mu gwałtownie wspomnienie drobnej dłoni, ściskającą jego własną, mimo faktu, że umazana była cała różnokolorową cieczą. Z jakiegoś powodu owo wspomnienie było bardzo wyraźne, mógł nawet na powrót poczuć mocną woń farb i kwiatowych.... perfum...
    Drgnął, potrącony przez jednego z gości, który uparcie dobijał się do baru - przysunął się na moment odrobinę bliżej dziennikarki, uśmiechając się przepraszająco, gdy podetknął jej swój tors niemalże pod sam nos. Jeden z mężczyzn, dopychających się do baru (odwracając się przez ramię, Solas odkrył, że było ich co najmniej trzech) krzyczał coś o martini, inny opowiadał nieśmieszny kawał o taksówkarzach.
      ― Przepraszam ― westchnął, uświadamiając sobie, że chyba odrobinę zbyt głośno oddychał. To wszystko przez te perfumy, pachniały naprawdę dobrze.
    I kiedy on właściwie dokończył tego drinka?
      ― Może następną kolejkę? ― Podrzucił wesoło, uśmiechając się jeszcze szerzej. ― Bardzo dobrze mi się z tobą rozmawia.

    Draco

    - Plan miał być taki, że dostaniemy pół godziny ciszy przed sesją zdjęciową. W międzyczasie powiem ci też, jak ta sesja ma wyglądać. Przygotuję cię. Ale, jak widzisz, Vivienne miała zupełnie inny pomysł.
    Isella nie wiedziała, w jaki sposób zareaguje Solas, nie wiedziała, że przeżyje to tak negatywnie. Wszystkie przygotowania, jakie miały mieć miejsce to po prostu zwykła rutyna. Danie możliwie jak najwięcej komfortu dla rozmawiających ludzi, stworzenie w ogóle atmosfery konwersacji, a nie suchych pytań.
    Vivienne najwidoczniej bardzo się spieszyło i zrealizowała to inaczej. Efekt i tak był zadowalający, ale można byłoby to zrobić bez nieprzyjemności.
    Tłum napierał. Ludziom ewidentnie znudził się szampan i woleli coś mocniejszego. Isella sama nie zwróciła uwagi kiedy w zasadzie nagle byli bardzo blisko siebie. Ich ciała niemalże stykały się ze sobą. Jasnowłosa kobieta musiała oprzeć się jedną z dłoni o biodro mężczyzny, aby nie stratowali jej pomiędzy barem, a ciałami, które napierały.
    - Nie masz powodów, żeby przepraszać. I chętnie zgodzę się na kolejnego drinka.
    Lavellan miała wrażenie, że jej głos był nieco zachrypnięty. W nozdrzach tańczył mu cytrusowy, dość intensywny zapach z jakąś ciepłą, korzenną nutą. Może nawet kakaowy. Solas naprawdę ładnie pachniał.
    - Masz naprawdę przyjemny zapach perfum.
    Policzki Iselli były nieco zarumienione, ale ciężko było stwierdzić, czy to przez alkohol, gorąc, który panował w tym miejscu, czy po prostu zawstydziła się swoimi słowami.

    Draco

    - Plan miał być taki, że dostaniemy pół godziny ciszy przed sesją zdjęciową. W międzyczasie powiem ci też, jak ta sesja ma wyglądać. Przygotuję cię. Ale, jak widzisz, Vivienne miała zupełnie inny pomysł.
    Isella nie wiedziała, w jaki sposób zareaguje Solas, nie wiedziała, że przeżyje to tak negatywnie. Wszystkie przygotowania, jakie miały mieć miejsce to po prostu zwykła rutyna. Danie możliwie jak najwięcej komfortu dla rozmawiających ludzi, stworzenie w ogóle atmosfery konwersacji, a nie suchych pytań.
    Vivienne najwidoczniej bardzo się spieszyło i zrealizowała to inaczej. Efekt i tak był zadowalający, ale można byłoby to zrobić bez nieprzyjemności.
    Tłum napierał. Ludziom ewidentnie znudził się szampan i woleli coś mocniejszego. Isella sama nie zwróciła uwagi kiedy w zasadzie nagle byli bardzo blisko siebie. Ich ciała niemalże stykały się ze sobą. Jasnowłosa kobieta musiała oprzeć się jedną z dłoni o biodro mężczyzny, aby nie stratowali jej pomiędzy barem, a ciałami, które napierały.
    - Nie masz powodów, żeby przepraszać. I chętnie zgodzę się na kolejnego drinka.
    Lavellan miała wrażenie, że jej głos był nieco zachrypnięty. W nozdrzach tańczył mu cytrusowy, dość intensywny zapach z jakąś ciepłą, korzenną nutą. Może nawet kakaowy. Solas naprawdę ładnie pachniał.
    - Masz naprawdę przyjemny zapach perfum.
    Policzki Iselli były nieco zarumienione, ale ciężko było stwierdzić, czy to przez alkohol, gorąc, który panował w tym miejscu, czy po prostu zawstydziła się swoimi słowami.

    Pan Vincent

            ― Mogę śmiało powiedzieć, że gdyby wszystko poszło według planu, byłbym o wiele bardziej zadowolony. To wszystko działo się zdecydowanie za szybko ― pochylił się nad ladą, by odebrać ich drinki, parskając lekko nerwowym (choć gorąco wierzył, że dziennikarka weźmie to za objaw wyluzowania) śmiechem.
    Ktoś właśnie pochwalił zapach jego perfum.
    Ładna kobieta pochwaliła zapach jego perfum.
      ― To samo pomyślałem o twoich ― wyznał, wnosząc swoją szklankę w geście któregoś już z kolei toastu. Upili we dwójkę nieco obszerniejszego, niż wypadało łyka (tego wieczoru alkohol wchodził po prostu za dobrze) i wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Otwierał usta, by zadać najdurniejsze pytanie, jakie mogło mu przyjść do głowy, ale na szczęście dziwnym zbiegiem okoliczności, lub darem od losu, wpadł na niego kolejny żądny alkoholu gość, popychając go na drobne ciało jeszcze mocniej. Dłoń na jego biodrze zagrzała przyjemnie, a miękka pierś przycisnęła się do ukrytych pod materiałem koszuli żeber.
    Bogowie, jakie to było przyjemne... stać obok Iselli i czuć ciepło bijące od jej ciała. Wdychać kwiatowy zapach z każdym oddechem. Czuć muskanie jej włosów na policzku.
      ― Nie chciałabyś udać się w nieco "luźniejsze" miejsce? ― Zapytał, krzywiąc się, gdy krawędź baru wbiła mu się boleśnie w przedramię. ― Za chwilę nie będziemy mieli czym oddychać.

    Draco

    Trzeba przyznać, że cała ta rozmowa zaczynała iść w kierunku, którego wcześniej nawet nie zakładałam. Myślałam sobie, oczywiście, że w zasadzie był to osobnik z pewnością w jakiś nieoczywisty sposób przystojny, z świetnym ciałem i naprawdę pięknymi oczami.
    Ktoś, kto umie się wysłowić i potencjalnie jest on ciekawy. Ale czy zasugerowałabym coś więcej? W innych okolicznościach, może nie. Zabrakłoby mi pewnie odwagi. Nie jestem aż tak otwarta, tak wyzwolona. To raczej zadanie Variel. Tym razem jednak ten flirt szedł w tak naturalny sposób, że nie mogłam znaleźć momentu, w którym się zaczynał, a w którym kończył.

    Sala miała dwa piętra -parter był pełen ludzi, znajdował się tu bar, stoły pod ścianami z całą masą przekąsek, a nawet zespół muzyczny, który umilał chwile na przyjęciu. W przeciwległych rogach sali znajdowały się też kręcone schody, prowadzące na górę. Były tam balkony, które pozwalały na obserwowanie towarzystwa na dole, a także miejsca do swobodnego siedzenia i rozmawiania, z którego wiele osób chętnie korzystali.
    Jako że Isella i Solas zamierzali porozmawiać dłużej, zupełnie oczywistą decyzją było zajęcie jednej z takich kanap. Jasnowłosa wzrokiem wychwyciła też jedną z swoich przyjaciółek, Josephine. Brunetka, gdy tylko zlokalizowała ich wzrokiem pomachała entuzjastycznie i podeszła do Iselli i Solasa.
    - W końcu cię znalazłam! Och, a to... Solas - uśmiechnęła się, rozemocjonowana.
    Widać było, że to spotkanie było naprawdę ważne dla Josie. Jej ciemnozielona sukienka do kolana skupiała na niej niejeden wzrok - długie nogi, sporych rozmiarów biust i błyszczące, brązowe oczy.
    - Ach, tak. Solasie, to jedna z moich przyjaciółek. Poznaj proszę Josephine Montilyet.
    Josie od razu uścisnęła dłoń mężczyźnie.
    - Jestem wielką fanką. A obraz "W morzu błękitu" był obłędny, wszędzie go szukałam, ale chyba nigdy nie był na sprzedaż... Gdyby kiedykolwiek został wystawiony, proszę o kontakt. Koniecznie!
    Isella parsknęła śmiechem, cichutkim. Entuzjazm przyjaciółki był uroczy.

    Pan Vincent|

          Perspektywa usadzenia się na kanapie ze świeżą porcją alkoholu i oddania się rozmowę w nieco intymniejszych warunkach, wydawała się dla niego teraz wybawieniem - nic więc dziwnego, że od razu dał się poprowadzić przez cały hall, a później na górę, po kręconych schodach do samych balkonów, z których roztaczał się widok na salę i tańczących gości.
    Co prawda tu także siedziało sporo gości, ale nie mogło się to równać z tłumami, które zalegały przy barze.
    Już, już, prawie siedzieli na swych miejscach, uśmiechnięci od ucha do ucha, gdy wśród tłumu przystanęła niewysoka kobieta, która od razu pomachała im na przywitanie - Solas szybko zrozumiał, że musiała być to jedna ze wspomnianych przez Isellę przyjaciółek.
    Nie spodziewał się jednak, że Josephine (ponieważ tak miała właśnie na imię ciemnowłosa piękność) będzie miała tak wysoki poziom wiedzy o jego sztuce - wydawała się nią tak rozentuzjazmowana, że nie potrafił się nie ucieszyć.
      ― Bardzo dziękuję, to przemiłe, słyszeć takie słowa ― odparł całkiem szczerze, nie przestając się wciąż uśmiechać. ― Muszę być szczery; "Morze Błękitu" powędrowało do jednej z moich dobrych znajomych w ramach prezentu urodzinowego. Nie mniej jednak nie widzę żadnych przeszkód, by pokazać pani więcej moich dzieł, które nie zostały nawet jeszcze wystawione do kupna.
      ― Będę zaszczycona ― kobieta odparła grzecznie, wznosząc przy tym swój kieliszek w geście toastu. ― Za sztukę i sukces! ― Wykrzyknęła uroczyście i cała trójka zanurzyła znów wargi w alkoholu.
    Właściwie ciężko było to nazwać "zanurzeniem warg", bowiem jednym łykiem Solas pozbawił się niemalże połowy drinka. Z jakiegoś powodu był dziwnie spragniony, a ten napój był taki słodki, że nie mogło w nim wcale być tak dużo wódki. Przecież mógł sobie raz na jakiś czas pozwolić na równe szaleństwo, świat się od tego nie zawali.
    Pogawędzili jeszcze parę dobrych minut o swoich ulubionych malarzach, obrazach i inspiracjach, a potem Josephine podziękowała im grzecznie i oddaliła się w kierunku parteru.
    I wreszcie, zgodnie z planem, usiedli na kanapie, niwelując dzielącą ich odległość do niemalże minimum - wszystko to działo się tak naturalnie, jakby robili to wcześniej całe życie.
      ― Nie bywam często na tego typu imprezach ― mruknął, wykrzywiając usta w ironicznym uśmiechu. ― Tłumy zazwyczaj szybko mnie męczą. Ale ty ― kontynuował, a jego uśmieszek poszerzył się jeszcze odrobinę ― ty chyba lubisz pojawiać się w takich miejscach, prawda? Masz bardzo towarzyskie usposobienie. Na tyle towarzyskie, że...
    Nawet ja mam ochotę z tobą rozmawiać.
      ― ...że wszyscy zdają się naprawdę za tobą przepadać.

    Draco

    Isella złapała spojrzenie swojej przyjaciółki, które jasno mówiło: "On jest tobą zainteresowany. Bierz go!". I faktycznie, czuła to, była z tego powodu mile pochlebiona i cóż, podobało jej się to.
    - Wiesz jak to jest - mruknęła, odpowiadając na pytanie Solasa, gdy już siedzieli.
    Byli bardzo blisko siebie, stykali się swoimi udami i ramionami. Jasnowłosa elfka upiła spory łyk swojego słodkiego, odświeżającego drinka. Chyba tym razem dodali mniej alkoholu, ale nie zamierzała narzekać - coś lżejszego też mogło być.
    - Kobieta zmienną jest. Raz jestem bardzo towarzyska, innym razem nie mam ochoty wychodzić z domu. Ale czasem pojawiam się na imprezach tego typu, to prawda.
    Isella spojrzała prosto w oczy mężczyzny i uśmiechnęła się.
    - Wynika to raczej z tego, że moje przyjaciółki zawsze znajdą sposób na to, aby dostać się na jakieś wielkie przyjęcie. A gdzie pisarz może znaleźć temat na artykuł, jak nie na zewnątrz, poza swoją strefą komfortu?
    Jasnowłosa upiła kolejny łyk. Lód zadzwonił o prawie puste ścianki wysokiej szklanki. Na szkle nie było śladu po ciemnej szmince w kolorze bakłażana, którą Isella miała na ustach.
    - Co się stało, że jesteś tu, w takim razie? Czyżby ktoś nie dawał ci spokoju, czy postanowiłeś uczcić sukces?
    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:28

    Pan Vincent

            ― Właściwie, to tak ― odparł szczerze, odstawiając pustą szklankę gdzieś obok siebie; wiedział, że niektórzy mogliby to uznać za niegrzeczne, ale myśl o tym, że miałby przedzierać się przez dzikie tłumy, żeby jakimś cudem odnaleźć kelnera ze swoją głupią tacą, wydawała mu się w tej chwili absurdalna. Szczególnie, że oznaczałoby to przerwanie ich rozmowy, a to była ostatnia rzecz, na którą miał ochotę.
      ― Mój agent, ten sam, który porozumiewał się z twoją szefową ― wtrącił szybko ― prosił mnie nieustannie, żebym chociaż to przemyślał. Cały czas powtarzał o kolejnym wielkim kroku dla mojej kariery i tylu ludziach, którzy będą mi chcieli pogratulować... Jakby to miało dla mnie znaczenie zaśmiał się nieco głośniej, niż wypadało. W ogóle mówił chyba głośniej, ale nie miał pojęcia, dlaczego. Iselli nie zdawało się to jednak przeszkadzać; ona też chichotała głośno, wyraźnie rozbawiona. Z krwistym rumieńcem, zdobiącym jej twarz, przypominała mu teraz niesforną nastolatkę.
      ― Prosił i prosił, a ja w końcu się zgodziłem, bo nie znoszę, kiedy się tak do mnie wydzwania. Ale... nie żałuję ― dodał już nieco ciszej, pochylając się do niej nieświadomie. ― Nie spodziewałem się, że tak dobrze będę się bawił.
    Już, już, ich głowy zaczęły się do siebie niebezpiecznie przybliżać i (szlag by to trafił, Solas po prostu o tym wiedział) pocałowaliby się, ale w tej samej chwili rozległ się odgłos tłuczonego szkła - z jednej strony, wśród zgiełku bawiących się, absolutnie niepozorny, ale w chwili takiej, jak ta... doprowadził do tego, że czar prysł.
    Uśmiechnęli się do siebie głupio, tak jakby przed chwilą wcale nie zamierzali się całować i sięgnęli po nowe drinki, porywając je od przechadzającego się cierpliwie kelnera.
      ― Znów szampan ― skrzywił się nieznacznie, upijając jednak z kieliszka. Podejrzewał, że łączenie wódki z bąbelkami mogło nie być zbyt rozważnym krokiem, ale zupełnie o to nie dbał, gdy tak dobrze się bawił, po prostu nie potrafił. ― Wypijmy za ten wieczór, Isello. Za nasze spotkanie.

    Draco

    Byli tak blisko pocałunku, że niemalże czuli swoje oddechy, przesiąknięte w tym momencie alkoholem. I tak, jak szybko ta chwila powstała, równie nagle się skończyła. Otworzyli szeroko oczy i spojrzeli na siebie, zdając sobie sprawę z tego, co miałoby miejsce za chwilę, gdyby nie hałas.
    Sięgnęła po alkohol z tacy kelnera i dopiła resztkę swojego drinka jednym haustem, aby oddać puste już naczynie.
    - Wypijmy. - Isella przytaknęła, uśmiechając się delikatnie.
    I chociaż nie był to jej ulubiony alkohol albo chociaż ten "akceptowalny", i tak wzniosła toast i upiła kilka łyków.
    Dwadzieścia minut później była z pewnością mocno wstawiona. Śmiała się już z wszystkiego, zresztą w podobnym stanie był też Solas.
    - Och, chyba się wstawiłam. Myślę, że to dobry moment, żeby pojechać do domu.
    Kiedy tylko Isella podniosła się z kanapy, zakręciło jej się lekko w głowie i usiadła z impetem na kanapę.
    - O - mruknęła, zaskoczona. - Tego się nie spodziewałam.

    Kilka minut później okazało się, że Solas ma ochotę odprowadzić Isellę pod sam dom. Cóż, elfka nie mogła zaprzeczyć, że było to z jego strony bardzo miłe. Wsiedli do taksówki na tylne siedzenia.
    - Ludlow Street 164 poproszę.
    Usta Iselli cały czas roześmiane. Nie mogła się powstrzymać. Czuła się taka lekka i bez problemów. Chociaż poranek, prawdopodobnie, będzie bardzo trudny - nie miało to znaczenia właśnie w tym momencie.

    Pan Vincent

          Postanowił odprowadzić Isellę pod sam jej blok, ponieważ gołym okiem widoczne było, jak bardzo wpłynął na nią alkohol - dziennikarka chwiała się lekko na boki i co i rusz wybuchała gromkim śmiechem, o barwie tak pięknej i chwytającej za serce, że nie potrafił nie odpowiadać jej tym samym.
    On sam także był nieco pijany (tylko odrobinę) - co prawda nie miał żadnych problemów z chodzeniem, ale zauważył za to, że zaczął mu się delikatnie plątać język; na szczęście nie było to na tyle uporczywe, by przeszkadzało mu w prawieniu swej towarzyszce coraz śmielszych komplementów.
    To nie tak, że był nachalny, nie. Nie mógł się po prostu powstrzymać, zwłaszcza, gdy dopingował go alkohol.
    Wyszli tak na podjazd, wszczynając w grę swoją ulubioną dyscyplinę sportową - poszukiwanie wolnej taksówki.
    Zajęło im to zatrważająco dużo czasu, ale nie ze względu na to, że wokół nie było żadnych taksówek, nie. Śmiali się, jak dzieci, trajkocząc o rzeczach, które były tak niepoważne i głupie, że nakręcali się tylko wzajemnie, aż dobrnęli do stanu, w którym mieli siły opierać się tylko o pobliską ławkę i chichotać sobie w ramiona.
    Kiedy wreszcie udało się im przywrócić normalny oddech, Isella obdarzyła go dziwnie figlarnym uśmiechem i złapała taryfę w ciągu paru sekund, machając tylko niedbale dłonią.
    Wsiedli do środka, padł adres, zgoła Solasowi nieznany. Dojechali jednak w ciągu piętnastu minut, które upłynęły im we względnym milczeniu.
    Milczeniu, które z wolna przesiąkało dziwnym napięciem - napięcie wzrastało, gdy Solas spoglądał na długą, gładką szyję, pełne wargi i dwie nieduże piersi, kołyszące się delikatnie w rytm jazdy pod granatowym materiałem sukni.
    Sprzeczali się przez chwilkę, kto zapłaci za taksówkę, ale na szczęście stanęło w końcu na nim - wyciągnął kartę i opłacił przejazd swej towarzyszki, traktując kierowcę masywnym napiwkiem ze słowami "za chwilę wracam".
    Naprawdę planował za chwilę wracać. Chciał się tylko pożegnać.
    Wysiadł więc, pochylając głowę, by nie uderzyć czołem o dach auta, przesuwając się na bok, by otworzyć również drzwi od strony Iselli - niczym prawdziwy gentleman ofiarował jej swą dłoń i powoli wspięli się niewysokimi schodami pod wejście do niewielkiej kamienicy.
    Oparł się barkiem o jedną z kamiennych kolumienek schodów, posyłając kobiecie całkiem rozluźniony, pełen śladów po dobrej zabawie uśmiech.
      ― To był... zaskakująco wspaniały wieczór  ― stwierdził, chrząkając cicho. W myślach zbierał się do zapytania dziennikarki o numer telefonu, ale jakoś nie potrafił tego z siebie wykrztusić. Po głowie chodziły mu chore obrazy, jeden śmielszy od drugiego i... Ta szyja była taka...
    Te usta też.

    Draco

    Isella mieszkała na Manhattanie, co prawda, ale kamienica, w której znajdowało się jej mieszkanie usytuowane było raczej na obrzeżach osiedla. Nie przeszkadzało jej to. Stacja metra była praktycznie pod domem, a poza tym była to lokalizacja, w której niezwykle często poruszały się taksówki. Na szczęście blondynkę było stać na to, aby pozwolić sobie w dużej mierze podróżować właśnie dzięki taksówkom lub uberom - mogła więc postawić na komfort.
    Nawet jeśli jej jedyną opcją miałoby być metro - to i tak nie było to okropne. Co jak co, ale wszelka komunikacja miejska była niezwykle zadbana w Nowym Jorku.
    Coś się stało w tej taksówce. Powietrze zgęstniało, a atmosfera między nimi zmieniła się, Isella mogła to doskonale poczuć. Oboje patrzyli na siebie, ale... tak naprawdę patrzyli. Elfka widziała spojrzenie malarza, widziała na jakie części jej ciała patrzył. I ona też nie mogła się powstrzymać przed mimowolnym zastanawianiem się, jak to jest być w jego szerokich ramionach. Pamiętała jego ciało z sesji zdjęciowej i nie mogła zaprzeczyć, Solas naprawdę jej się podobał.
    Stanęli przed wejściem do kamienicy, w zasadzie tuż przed drzwiami, patrząc na siebie.
    - Tak, to był wspaniały wieczór...
    Isella zamilkła na chwilę, obserwując jego usta. Przygryzła dolną wargę. Nie wiedziała jak to się stało, ale chwilę później ich wargi zetknęły się. Czuła na sobie gorące usta, jego ramiona objęły ją całą. Dziewczyna mruknęła, obejmując zupełnie instynktownie ręce wokół jego szyi, stając lekko na palcach.
    - Czy chciałbyś może wejść na chwilę? - mruknęła pomiędzy jednym muśnięciem, a drugim.
    Ale nie chciała się odsuwać. Wydawało się, że właśnie znaleźli ujście emocji, która narastała przez cały wieczór i w końcu, być może...

    Pan Vincent

    Nie wiedział, jak i kiedy to wszystko się wydarzyło, ale był pewien, że w jednej chwili rozmawiali sobie z Isellą pod drzwiami uroczej kamienicy, a w następnej wspinali się wściekle po schodach, nie pozwalając, by ich usta rozdzieliły się ze sobą choćby i na krótką chwilę.
    Dziennikarka miała tak miękkie wargi, że dotykanie ich swoimi własnymi, wydawało mu się w tej chwili niemalże koniecznością - pieścił je gwałtownie, ledwie odnajdując czas na to, by chociaż zaczerpnąć tchu.
    I tym razem w ogóle nie krył swych intencji - wyciągał dłonie i układał je w takich[\i] miejscach rozkosznie zgrabnego ciała towarzyszki, że nie można już było tego pomylić z czymkolwiek innym.
    I nagle o coś uderzyli - z początku myślał, że była to jedynie ściana, ale kiedy pod dłonią wyczuł wybrzuszenie staromodnej klamki, wszystko stało się jasne.
    Właśnie wchodził do mieszkania pięknej kobiety. Wchodził tam, żeby uprawiać z nią dobry seks.
    I zrobił to - zrobił to, o czym myślał już od dłuższego czasu i ułożył swoje dłonie na kształtnych pośladkach, podwijając przy tym niecierpliwie gładki materiał granatowej sukni. Dotknął gorącej skory, pochylając się, by moc znowu ucałować pełne wargi kobiety - zamruczał, przesuwając palcami po idealnej krągłości, docierając do pasa koronkowej (bardzo dobrze to wyczuwał) bielizny. Na samą myśl o tych koronkowych majtkach, jego erekcja poruszyła się wściekle w spodniach, błagając o jakąkolwiek uwagę.
    Miał gdzieś to, że ktoś mógł ich teraz obserwować - absolutnie się to dla niego nie liczyło - jedynym, co go obchodziło, była ta cudowna pupa i otulająca ją bielizna.
    Nie zdążyli nawet jeszcze wejść do mieszkania, a majtki znalazły się w okolicach zgrabnych kostek dziennikarki - przekroczyli tak próg, nieco niezdarnie, wciąż nie odrywając od siebie warg. Nie pozwolił jej nawet zapalić światła - potrafił tylko przycisnąć ją znów do gładkiej powierzchni drzwi, jednocześnie je zamykając, wreszcie od dobrej strony. Alkohol szumiał mu w głowie, a serce waliło jak młotem, gdy wsuwał swoją dłoń jeszcze raz pod suknię, wiedząc, że tym razem nie znajdzie tam majtek.
    I nie znalazł - przesuwając palcami po gładkim udzie, dotarł tak aż do ich wnętrza, od którego biło już takie gorąco, że nie potrafiłby z niego zrezygnować za nic w świecie, nie teraz. Podciągnął palce wyżej, dotykając jednego z rozkosznie miękkich płatków - westchnął głośno, wyczuwając, jak bardzo jego towarzyszka zdążyła już zwilgotnieć. Bogowie, w życiu nie podejrzewałby, że jakaś kobieta (szczególnie zaś [i]tak
    piękna) mogłaby go tak pożądać.
    Nacisnął nieco mocniej, uśmiechając się w pocałunki, gdy odpowiedział mu stłumiony jęk. Właśnie dlatego oderwał swoje wargi, spoglądając na skąpaną w mroku twarz kobiety.
    - Łóżko - zapytał odrobinę nieprzytomnie - gdzie jest?

    Draco

    Mieszkanie Iselli było kawalerką - wszystko więc było w jednym miejscu. Salon był jednocześnie sypialnią, czy biurem. Teoretycznie innym pomieszczeniem była kuchnia, chociaż jej otwarta struktura także pozwalała na swobodne dostrzeżenie elementów wyposażenia.
    - Tam - mruknęła Isella, wskazując palcem.
    Po drugiej stronie pomieszczenia widać było oświetlony słabym światłem latarni mebel, do którego zmierzali. Całość była naprawdę niewielka. Po prawej stronie od drzwi wejściowych znaleźć można było szafkę w szarym kolorze, chociaż tego przez wzgląd na ciemność nie mogli zauważyć. Isella wiedziała jednak, jakiej była barwy. Przed nimi stał biały, mały stolik, a wokół niego przezroczyste krzesła. Nie było tu porządku - widać było szklankę z niedokończonym sokiem, a obok laptop.
    Dalej można było dostrzec niewielki stolik do kawy, na którym była roślinka doniczkowa i kilka gazet. Później kanapa dwuosobowa w szarym kolorze i już za nią, łóżko. Na przeciw łóżka - kilka komód, a nawet mały telewizor.(edytowane)
    Po prawej stronie całego "salonu" znajdował się aneks kuchenny, a pomiędzy łóżkiem a lodówką - drzwi prowadzące do małej łazienki. Część ścian pomalowana była na biało, jednakowoż niemalże cała lewa strona wyłożona była po prostu cegłą.
    Isella zdążyła tylko wyjść z swoich własnych majtek, które krępowały jej ruchy i rzucić torebkę na ziemię, a wtedy została podniesiona. Jęknęła, czując dokładnie jego dłonie na swoich nagich już pośladkach - jej suknia w dalszym ciągu była podwinięta, ukazując długie nogi i buty na obcasach z odkrytymi palcami.
    Solas szedł przed siebie, prowadząc ich do niewielkiej sypialni. Isella nie mogła nie wykorzystać tego momentu, całując go po szyi, kąsając jego skórę, zostawiając na niej kilka bardzo widocznych śladów. Nagradzana była dźwiękami, które kazały jej posuwać się dalej i dalej, ale chociażby chciała, kawalerka nie była na tyle wielka, aby dać jej więcej czasu.
    Wylądowała na łóżku, co wyrwało z jej warg westchnięcie. Przyciągnęła go do siebie, nieco chaotycznie rozpinając mu koszulę. Jedyne światło, jakie im towarzyszyło płynęło z ulicznych latarni.
    Spojrzała mu krótko w oczy. Chwilę później zerwała z jego ramion niepotrzebny materiał i przesunęła smukłymi palcami po całym torsie, teraz nagim, prężącym się pod jej dotykiem.
    Uśmiechnęła się, zadowolona.
    Ale jego spojrzenie utkwiło w czymś zupełnie innym. Suknia cały czas była podwinięta, a lampy uliczne oświetlały jej nagie uda.
    Palce Iselli dostały się do rozporka mężczyzny, rozpinając go w kilku agresywnych ruchach.

    Pan Vincent

    Nie wiedział, czy za gwałtownością ich ruchów stał alkohol, pożądanie, czy też jakakolwiek inna siła sprawcza - wiedział jedynie, że rozpinając mu wściekle i nagląca rozporek, Isella miała rację. Nie było sensu tego wszystkiego przedłużać grą wstępna; na nią mogli mieć przecież czas później.
    Pozwolił jej rozpiąć rozporek, samemu mocując się wściekle z delikatną suknią; szczęśliwie, udało mu się przy tym nie porwać drogiego materiału. Odrzucił poły granatu daleko za siebie, poświęcając wreszcie większą uwagę własnemu ciału - w paru ruchach pozbył się rozpiętej już koszuli, uśmiechając się wymownie na widok zachwyconej miny dziennikarki. On sam także miał na co popatrzeć - jego podniecenie wzmogło się dodatkowo, gdy okazało się, że jego towarzyszka nie nosiła pod swym ubraniem biustonosza. Chcąc, nie chcąc, została przed nim w ten sposób naga. No, może nie do końca - na jej zgrabnych stopach wciąż tkwiły wysokie obcasy.
    Położył się na niej, podpierając się zgrabnie na łokciu - różnica wzrostu odznaczała się w tej chwili jeszcze bardziej, gdy wyczuwał, jak drobne było leżące pod nim ciało.
    Rzucił się do całowania długiej szyi; tak, jak wcześniej robiła to Isella, tak teraz on znaczył jej cudowną długość swoimi mało delikatnymi pocałunkami, kąsając ssąc i przygryzając delikatną skórę. I niczego nie umiał poradzić na to, że jego członek (wciąż przez upierdliwy materiał bielizny) nacierał na cudowną wilgoć, pocierając o nią w najbardziej wymowny sposób.
    Chciał już tam być - chciał znaleźć się w tej gorącej ciasnocie, pieprząc ją, ile tylko miał w sobie sił.
    Ale nie mógł tego zrobić bez...
    Cholera.
    - Prezerwatywa - wydyszał słabo, w przerwie między pocałunkami - masz?
    Isella nie odpowiedziała - wskazała mu tylko dłonią szufladę szafki nocnej i już niczego więcej nie potrzebował; sięgnął do jej wnętrza, odnajdując charakterystyczny, foliowy kwadracik. Rozerwał plastik zębami, sięgając w dół, by pozbyć się wreszcie bokserek (po raz pierwszy nie poczuł wstydu, gdy wyczuł na swoim przyrodzeniu spragnione spojrzenie. Musiał właściwie przyznać, że cholernie mu to pochlebiało) i nałożyć prezerwatywę.
    Był zdziwiony, że mimo tak długiej przerwy, poszło mu to zgrabnie, jakby robił to niemalże każdej nocy.
    - Unieś uda - poprosił, rozgrzanym szeptem. - Chcę żebyś poczuła mnie bardzo głęboko.

    Draco

    Jasnowłosa elfka spodziewała się, że akurat prezerwatywa to coś, co jej partner posiadał, ale nawet jeśli nie - a tak właśnie się stało - Isella brała pigułki, to pierwsza rzecz. Druga, może nawet ważniejsza, miała zapas kondomów w trzech podstawowych wielkościach. Jeśli ktoś wykraczał poza normy w jakimkolwiek kierunku, raczej posiadał własne gumki i problem był z głowy.
    O tak... Podobało jej się wszystko, co widziała. Nagi już mężczyzna drżał delikatnie z ekscytacji i oczekiwania, jego ruchy były mało subtelne, ale Isella nie potrzebowała subtelności. Oczekiwała i pragnęła naprawdę czegoś intensywnego, mocnego, nawet mało subtelnego.
    Jej gorące spojrzenie otuliło całe jego ciało, finalnie skupiając się na sterczącej męskości, twardej jak skała, och, była tego pewna.
    Kok, który dotychczas trzymał się na głowie kobiety raczej się rozplątał, Isella czuła wsuwki i inne elementy przytrzymujące włosy. Kilkoma ruchami pozbyła się większości z nich, sprawiając, że blond kaskady grubych włosów rozpłynęły się na poduszkach, jak chmura.
    - Najgłębiej - szepnęła, rozchylając uda i podnosząc je wyżej. Czuła jego dłonie, przesuwające się po jej skórze raz za razem.
    Nie potrzebowała żadnego przygotowania, była tak mokra i niecierpliwa... Czuła, jak jej kobiecość niemalże pulsuje z niecierpliwości, wiedziała, że zaciska się właśnie na absolutnie niczym, chcąc go w swoim wnętrzu niemalże desperacko.
    I kiedy wreszcie poczuła go blisko siebie, zagryzła wargę.
    Czubek jego penisa najpierw przesunął się po jej mokrych już płatkach, zaczepiając je zadziornie. Przymknęła na chwilę powieki, poruszyła się niecierpliwie.
    Wszedł płytko, zaledwie czubkiem. Była na niego gotowa, gotowa jak jeszcze nigdy w życiu na żadnego mężczyznę. Jej biodra wypięły się, pozwoliły na to uczucie.
    Zawsze na początku było trochę nieprzyjemnie. Czuła go, wiedziała, że zacisnęła się na nim, jej wnętrze otuliło go, gdy tylko wsunął się mocniej, więcej, bardziej. A zaraz po chwili przestała, tak, jakby to było tylko przywitanie.
    Odchyliła lekko głowę, zaciskając palce na skórze swojego uda.
    - Och. Idealny - mruknęła, rozchylając uda jeszcze bardziej, dając mu więcej miejsca.
    I wtedy to poczuła. Jak Solas wsunął się w nią cały, z impetem. Aż zakołysała się. Nie mogła nic poradzić na ten jęk, który wydobył się z jej ust.
    Właśnie tak. Tego potrzebowała. Tego chciała.

    Pan Vincent

    Nie bawił się w delikatność - oboje się w nią nie bawili - gdy tylko zatopił się cały w jej wnętrzu, a zza pełnych warg kobiety wydobył się ten jęk, Solas wiedział, że jeśli za chwilę nie zacznie jej pieprzyć, jego cały świat legnie w gruzach.
    Poruszył biodrami; najpierw ostrożnie, na próbę, później już o wiele pewniej, szybciej i płynniej. Prezerwatywa w żadnym stopniu nie przeszkadzała mu w dokładnym odczuwaniu zaciskających się, gorących ścianek, otulających go przyjemnie warg i...
    - Ymh - jęknął słabo, zaciskając wargi, gdy wzdłuż lędźwi przeszedł go niewypowiedzianie przyjemny dreszcz - doznanie było tak silne, że musiał się na chwilę zatrzymać, nim ruszył ponownie, jeszcze ostrzej niż poprzednio. Pomieszczenie wypełniło prawdziwe gorąco, wydzielane przez ich rozgrzane ciała - w towarzystwie wymownym odgłosów i pojękiwań, było to niemalże magiczne.
    Nie miał pojęcia, o tym jak bardzo tęsknił za uczuciem bycia w kobiecie, za uczuciem pieprzenia kobiety, aż do tej pory - fakt, że czuł pod swoim nagim torsem dwie piersi, które muskały go sterczącymi sutkami przy każdym ruchu, że czuł cudowny zapach ich właścicielki, że słyszał, jak wstrzymywała oddech, by wypuścić go po chwili z głośnym "och", był po prostu oszałamiający.
    Przesunął jedną z dużych dłoni na okrągłe biodro kobiety, przyciskając ją jeszcze mocniej do siebie - jego ruchy były już tak prędkie, że ciało zaczynało się z wolna pokrywać kroplami potu, które zawieszając się na moment na skórze, urywały się nagle, lub wędrowały przez napięte mięśnie w dół i w dół, niknąc gdzieś między ich ciałami.
    Patrzył na nią z góry - na piękną twarz, ściągniętą w oczywistym wyrazie rozkoszy, na szeroko rozwarte wargi, po których co i rusz przemykał błyszczący język - miał ochotę poczuć, jak to było mieć ten język na czubku penisa, jak to było, kiedy te usta ssały jego trzon, pieściły jądra. Na samą myśl zajęczał ochryple, przyciskając do siebie drobne ciało jeszcze mocniej. Czuł, że coraz ciężej było mu już normalnie oddychać, a podniecenie otumaniało go stopniowo coraz bardziej i bardziej, prowadząc do tego, że...
    Musiał zwolnić. I to natychmiast.
    Pozwolił, by jego ruchy zrobiły się nieco wolniejsze, ale przy tym dokładniejsze - wynurzał się niemal do końca, tylko po to, by zaraz wepchnąć się buńczucznie po niemalże same jądra - był szczerze zafascynowany tym, jak dziennikarka się dla niego otworzyła. Jej cipka była, co tu dużo kryć, ciasna, jak cholera, ale... starała się dla niego, czuł to bardzo dobrze.
    - Popatrz na mnie - poprosił ją nagle, wykrzywiając usta w nieco ironicznym uśmiechu. - Chcę cię dobrze widzieć, Isello.

    Draco

    - Popatrz na mnie. - Usłyszała. - Chcę cię dobrze widzieć, Isello.
    Drgnęła, uchylając przymknięte powieki sama nie wiedziała kiedy. Ale zaraz znów przymknęła, kiedy poczuła pewny, płynny ruch jego bioder, wsuwający się do jej wnętrza penis.
    Drgnęła raz jeszcze, tym razem nie mrużąc oczu. Światło płynące z latarni oświetliło część jej twarzy. Szminka trzymała się, niewzruszona.
    Czuła, jak szpilka wbiła się w pościel. Było to niewygodne. Sięgnęła więc do jednej z swoich nóg, rozpięła niepotrzebną część garderoby i pozwoliła na to, aby but po prostu się zsunął. Z drugą był o wiele większy problem, ponadto jej noga zaplątana była gdzieś... zupełnie nie potrafiła się odnaleźć, nie mogła na to sobie pozwolić, kiedy on ją tak cudownie pieprzył.
    Wiedziała, jak bardzo była wilgotna. Jej cipka nabierała wilgoci z każdym ruchem, z każdą chwilą bardziej. Wyprężyła się, muskając piersiami jego tors. Nigdy nie była posiadaczką obfitego biustu, nie było powodów, aby się z tym sprzeczać. Niemniej jednak, nie miała kompleksów. Jej biust był jędrny, sterczący, zadbany. Nawet jeśli nie bardzo duży.
    - Chcę cię ujeżdżać - stwierdziła Isella.
    Solas odsunął się od niej, ale tylko odrobinę - na tyle, by Isella mogła się podnieść.
    Pozbyła się wtedy w dwóch ruchach zgubionego buta, który dalej tkwił na jej stopie i rozsiadła się na jego biodrach.
    Jej długie, sięgające prawie do pasa blond włosy opadły na ramiona, tworząc niemalże welon. Widać było, prawdopodobnie po raz pierwszy, dlaczego zwykle miała je upięte.
    Łaskotały nagie ciało, dłonie mężczyzny, który trzymał ją za biodra.
    Pochyliła się na chwilę, chcąc wyszukać dłonią członka. Przesunęła palcami po jego całej długości. Usłyszała jęk i spodobało jej się to, zagryzła wargę, spoglądając na twarz mężczyzny zza kilku przysłaniających jej twarz kosmyków.
    Wsunęła w siebie jego członka niemalże jednym ruchem. Nie było to trudne, była cholernie mokra, spragniona. Isella pochylała się nad nim, jej włosy rozsypały się, tworząc między nimi intymny kokon, do którego mogli nie wpuścić nikogo, ani nic. Patrzyła mu w oczy, wsuwając w siebie jego fiuta, pomagając sobie dłonią.
    Odgłosy cichego mlaskania, czy uderzających o siebie ciał rozbrzmiał w pomieszczeniu. To było jedyne, co Isella słyszała, pochłonięta. Była jak emocja, jak uczucie, jak instynkt. Nic innego nie miało znaczenia.
    Schyliła się do Solasa, wyciskając na jego ustach rozkoszny pocałunek, kiedy jej biodra pracowały cały czas. Czuła, jak pośladki rozwierają się i łączą w tańcu, który ją pochłonął. Brała go całego i dawała z siebie wszystko.
    Pan Vincent
    Pan Vincent
    Tempter

    Punkty : 2244
    Liczba postów : 102
    Wiek : 28

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Pan Vincent Nie 07 Lip 2019, 02:32

    Pan Vincent

    Dziennikarka - świadomie, czy też nie - zniszczyła jego plany. Zamierzał, przecież, załatwić wszystko powoli, by dłużej rozkoszować się ciasnotą jej gorącej cipki, ale...
    Teraz już nie było opcji, by temu zaradzić - mógł tylko leżeć i wyprężać się, podczas gdy zgrabne pośladki opadały na niego co i rusz, wydając przy tym soczyste klaśnięcie.
    Wyciągnął swą dłoń w górę, ujmując jedną ze sterczących piersi - pogładził ją, z początku czule, by przejść do prawdziwego, nieco prostackiego obmacywania, zupełnie, jakby miała pod sobą zwykłego, napalonego zboczeńca, nie wyrafinowanego artystę.
    Wypiął lędźwie, odpowiadając już śmiało na każdy jej ruch - raz za razem, uderzał w specyficzny punkt jej wnętrza, wywołując zza wilgotnych warg kolejne jęki - sam także nie panował nad odgłosami, które wydawał; z zawstydzeniem zdał sobie sprawę z faktu, że musiały być to równie wymowne dźwięki.
    - Proszę - wyjęczał, choć sam nie wiedział, czemu. Od szczytu dzieliły go już tylko pełne napięcia sekundy, które, dziwnie rozciągnięte w czasie, wywierały na jego
    ciele i umyśle coraz większą presję. Pocił się, zaciskał wargi, odchylał głowę o wezgłowie łóżka, napinając swoje ciało, jakby stanowiło cholerną strunę, a ta kobieta, ta cudowna maszyna do uwodzenia, unosiła się na nim i opadała, pochłaniając w swoją cipkę jego sterczącą męskość, jakby tylko to na świecie się dla niej liczyło.
    Na krótką chwilę otworzył oczy i kierowany dziwną ciekawością spojrzał w kierunku, z którego dochodziły najwymowniejsze odgłosy - i zobaczył, jak naprężony członek wyłania się na chwilę z ciasnego, ale tak bardzo wilgotnego wejścia, ociekając jej sokami, by za chwilę bez żadnej trudności wsunąć się tam cudownie, wyciskając z ust Iselli jeszcze jeden donośny jęk.
    Zupełnie nieświadomie zawtórował jej ochryple, sięgając drżącymi dłońmi po jeden z kształtnych pośladków - zacisnął na nim palce i bez żadnych trudności wsparł na sobie rozkoszny ciężar pięknego ciała, przejmując kontrolę nad każdym ruchem dziennikarki.
    Popatrzył jej w oczy i uśmiechnął się słabo, unosząc kształtny tyłeczek, by kobieta niemalże wypuściła z siebie jego erekcję, a potem pociągnął ją w dół, nieznośnie powoli i dokładnie. Powtórzył ten zabieg parę razy, parskając bezczelnym śmiechem, gdy jęki kokietki nabrały wyraźnie wyrzutu.
    - Spokojnie - westchnął, wysuwając biodra na spotkanie jej kobiecości. Przymknął powieki, łapiąc powietrze przez półotwarte usta. Tego wszystkiego było za dużo, za dobrze, za bardzo... - Spokojnie - powtórzył, ale już nie do jasnowłosej, a do siebie samego, gdy wyczuł, jak napięta do granic możliwości erekcja roni z siebie kolejne, gorące krople. - B-bogowie... Jesteś taka piękna - wyszeptał nieprzytomnie, wpatrując się w siedzącą na nim kobietę, jak w obrazek. Dłoń zniknęła, oddając jej znowu całkowitą kontrolę nad ruchami. Chciał pozwolić jej dokończyć, to co zaczęła.
    Kiedy? Być może już wtedy, w parku, gdy zwrócił uwagę na to, jak ruchliwy język zbierał pianę z brzegu kubka na kawę. Albo na przyjęciu, gdy zobaczył ją w tej sukni.
    Drgnął niespokojnie, łapiąc się za odstający, obity pluszem element wezgłowia. Był już tak podniecony, że nie potrafił utrzymać otwartych powiek.

    Draco

    Można było powiedzieć naprawdę wiele o Iselli, ale nie to, że nie oddawała się cała podczas takich aktów. Była w tej chwili jednością z tym mężczyzną, nawet jeśli dobrze się z nim nie znała. Kto by pomyślał, że to spotkanie skończy się właśnie tak, w łóżku, razem z nim?
    Isella nie wiedziała kiedy w zasadzie opadła na jego tors. Miała tylko świadomość, że nagle jej ciało zacisnęło się na nim, skurczyło, zaczęła drżeć i cicho jęczeć. Wiedziała, że jego dłonie przesuwają się po jej ciele, czuła je wszędzie. A później... Otworzyła oczy z policzkiem przyciśniętym do jego torsu. Uniosła się na drżących ramionach, obserwując go przez chwilę. Był równie zmarnowany, co ona, ale uśmiechnęła się do niego, choć może nie mógł tego zobaczyć przez kaskadę włosów.
    Usiadła ciężko na łóżku. Jej oddech cały czas był nierówny. Oblizała usta, sięgając przez ciało mężczyzny do szafki nocnej. Na jej szczycie stała popielniczka, a obok nich - papierosy. Wzięła dwie te rzeczy i położyła je na łóżku. Podniosłą się chwiejnie. Stojąc obok łóżka światła latarni oświetlały jej ciało. Sięgnęła do okna, uchylając je nieco.
    Dźwięk zapalniczki, delikatny syk palącego się papierosa. Kłęby szarego dymu wypłynęły z jej warg, wciąż umalowanych, kiedy stała tak pod oknem, opierając się o kawałek ściany. Ktoś, kto akurat mógł patrzeć w tę stronę widziałby zarys nagich piersi, brzucha. Wyciągnęła w kierunku Solasa paczkę z niemym pytaniem, ten jednak odmówił krótkim ruchem głowy.
    Patrzyła na niego, zadowolona. Och, cholernie zadowolona. Nie mogłaby zaprzeczyć, nawet gdyby chciała, że Solas był naprawdę... interesująco dobry w łóżku.
    Usiadła na łóżku, obserwując go, gdy zawiązywał pełną prezerwatywę i szuka spojrzeniem kosza.
    - Pod zlewem - mruknęła, wskazując miejsce dosłownie kilka kroków dalej, w części salonu.
    Przyglądała mu się, gdy podniósł się. Obserwowała w półmroku mięśnie ud, naprawdę ładne pośladki. Podobał się jej. Nic nie mogła na to poradzić.
    Zgasiła papierosa w popielniczce, odstawiając ją na parapet. Podeszła do mężczyzny, uśmiechając się do niego lekko. Sięgnęła po gumkę do włosów leżącą przy okazji na komodzie. Dwoma ruchami zrobiła lekko prowizoryczny kucyk, tak, aby włosy nie przeszkadzały jej w tym, co zamierzała. Nie chciała, aby to był koniec. Naprawdę nie.
    - Gotów na rundę drugą?

    Pan Vincent

    Właściwie absolutnie się nie spodziewał, że Isella należała do grona palaczy - obserwując ją, stojącą nagą przy parapecie, rozmyślał o tym, jak bardzo nie lubił papierosów - przeszkadzał mu ich zapach i smak, właściwie wszystko, co było z nimi związane. Nie oznaczało to jednak, że... w jakiś sposób... palenie nie pasowało do tej osobliwej istoty.
    Z podłużnym kształtem, ujętym ładnie między dwa palce, jej piękno i niewinność kontrastowała zabójczo, przełamując w jakiś sposób konwenanse, łamiąc stereotypy. W międzyczasie postanowił wreszcie pozbyć się uciążliwie zimnej prezerwatywy (i jej zawartości). Związał gumę w sposób, który pozwalał myśleć, że miał na tym polu niemałe doświadczenie (to tylko zdolności manualne, ale kto musiał o tym wiedzieć) i rozejrzał się ukradkiem za koszem - na szczęście jego domyślna towarzyszka była na tyle uprzejma, że wskazała mu miejsce.
    Rozglądając się po mieszkaniu, dopiero teraz zauważył, że była to kawalerka - wszystko stało obok siebie, umeblowane jednak w taki sposób, że sprawiało wrażenie bardzo zorganizowanego miejsca. No... może gdyby nie setki wieszaków i pudełek z butami - te zalegały wszechobecnie, tworząc wrażenie niemałego chaosu, ale to także miało swój urok.
    Wreszcie kobieta skończyła palić, przysuwając się do niego z powrotem - Solas obserwował ją uważnie, zapuszczając się wzrokiem w rejony, na które nie miał okazji napatrzeć się wcześniej, gdy przykrywały je ubrania. Podziwiał bez skrępowania nagie piersi ze sterczącymi zawadiacko sutkami, spoglądał na smukłe, a jednak miło okrągłe uda, roztapiał się nad wyraźnym wcięciem w talii - dziennikarka była na tyle szczupła, że większość ubrań poniekąd na niej wisiało, ukrywając przy tym te wszystkie wspaniałości. Obserwując je, malarz odnosił wrażenie, że otrzymywał właśnie najlepszą nagrodę.
    - Gotów - wymruczał, pochylając się, by złączyć ich usta w długim pocałunku. I prawie mu nie przeszkadzało to, że język kobiety nosił na sobie smak cholernych papierosów. Przyciągnął ją do siebie, usadzając sobie na udach. Całowali się tak nieśpiesznie (bo tym razem naprawdę nigdzie im się nie śpieszyło), a on pozwalał sobie znów na coraz więcej - przesuwał dłonią po imponującym łuku bioder, sunąc nią nieco na skos i w dół... aż znowu dotarł do gorących płatków, zanurzając między nimi dwa palce. Uśmiechnął się, słysząc, jak Isella wciąga gwałtownie powietrze. Przygryzł jej zaczepnie dolną wargę, zamieniając ich nagle pozycjami. Teraz to kobieta leżała z głową wśród poduszek, a on leżał jej między udami, obsuwając się, tak, by ucałować pieszczone przed chwilą miejsce. Ucałował je więc - najpierw powoli, zupełnie tak, jakby całował jej wargi, a potem dołączył do zabawy swój język, smakując każdego dostępnego zakątka jej kobiecości. Zasysał się na dolnych wargach, mrucząc głośno, gdy pęczniały pod jego dotykiem - ciało dziennikarki wydawało mu się być tak podległe, że grzechem byłoby z tego nie skorzystać...
    Uniósł jedno ze zgrabnych ud, przerzucając je sobie przez ramię - na krótką chwilę uniósł głowę znad pieszczonej cipki, posyłając kobiecie wymowny uśmieszek. Jej jęk był dla niego największą nagrodą (sprawił, że od razu stwardniał do końca, choć nie spodziewał się, że nadejdzie to tak szybko).
    Teraz przyszła pora na inną, równie interesującą część wilgotnej cipki - przysunął wargi i objął nimi odstający punkcik, przesuwając po nim językiem od dołu, do samej góry, skrytej częściowo pod napęczniałą fałdką skóry. Isella jęknęła głośniej, na jej ciele pojawiła się gęsia skóra. Z niemałą fascynacją powtórzył ten zabieg, a potem jeszcze raz i jeszcze.
    I wreszcie przyssał się do niego na dłuższą chwilę, ani przez moment nie wypuszczając pulsującej łechtaczki z uścisku warg. Musiał przyznać, że była to jedna z najsmaczniejszych cipek, jakich w życiu kosztował - była przy tym tak malutka, że mieściła mu się niemalże cała w ustach, co naprawdę rzadko się zdarzało.
    Jak ona go w ogóle w sobie pomieściła?
    - Leż grzecznie - ostrzegł ją nagle, zaskakując tym nawet samego siebie. - Bo przestanę.

    Draco

    Isella siedziała na jego udach, całkowicie rozluźniona. Czuła wokół siebie jego ramiona, ale nie przeszkadzało jej to zupełnie, nawet jeśli wędrowały one w różne miejsca. Drgnęła, gdy wyczuła jego palce na swojej cipce, a gdy wsunął w nią palce, nabrała gwałtownie powietrza, odsuwając się mimowolnie trochę od niego.
    Solas opadł na łóżko, sprawiając, że teraz to właśnie ona leżała na łóżku. Drgnęła po raz kolejny, gdy mężczyzna postanowił zsunąć się niżej, znacznie niżej. Nie spodziewała się tej formy przyjemności od malarza, była ona nieco niespodziewana, ale... Nie mogła zaprzeczyć, jego wargi były naprawdę przyjemne i... utalentowane.
    Zagryzła mocniej wargę, czując dreszcze przechodzące przez jej ciało, gdy jego wargi odnalazły ten specyficzny punkt w ciele każdej kobiety - element intymny, który służył tylko i wyłącznie do przynoszenia rozkoszy. Język Solasa przesuwał się po jej łechtaczce, by w końcu zacząć ją ssać. Nie mogła leżeć spokojnie. Ciało elfki wyginało się, prężyło. Jedna z jej dłoni zacisnęła się na pościeli, ale druga szukała czegoś innego, czego mogłaby się złapać. Solas nie posiadał włosów, więc oczywistością było, że nie mogła go za nie złapać. Na szczęście leżało jego ramię, obejmujące ją pod udami. Paznokcie, możliwe, wbiły się troszkę zbyt mocno, ale nie mogła sobie inaczej poradzić z nadmiarem emocji, które jej zagwarantował.
    - Grzecznie? - spytała nagle, marszcząc brwi. On chyba był śmieszny. - Ssiesz mi cipkę, jak lizaka i mam być spokojna?
    Parsknęła śmiechem, ale szybko ten dźwięk zmienił się w jęk, gdy tylko Solas wrócił do pieszczoty, chcąc ją zapewne tym uciszyć.
    - Nie mogę być spokojna, jeśli robisz mi takie rzeczy. Nie wiem czy zauważyłeś, ale jestem cholernie wrażliwa.
    Znów drgnęła niekontrolowanie, gdy jego język przesunął się po wrażliwym miejscu. Powoli wypuściła nie wiadomo kiedy nabrane powietrze.

    Pan Vincent

    Czego, jak czego, ale akurat pyskowania się nie spodziewał - Isella nie spodziewała się chyba, co właśnie zrobiła - co sobie zafundowała.
    - Ty mała... - zaczął, śmiejąc się ochryple - chyba jeszcze nie wiesz, do czego jestem zdolny.
    Nie bawiąc się w groźby bez pokrycia, obrócił kobietę na brzuch, zmuszając ją do uklęknięcia w wyjątkowo wulgarnym rozkroku. Przechylił się przez łóżko, sięgając po swój porzucony wcześniej krawat - pociągnął za wątłe nadgarstki kobiety, związując je nad jej plecami - na tyle mocno, by nie miała jak poruszać ramionami, ale nie na tyle, by sprawiało jej to ból.
    Na krótką chwilę ułożył się obok niej, tak by popatrzeć z bliska we wtuloną (siłą rzeczy, nie miała innego wyjścia, jak wtulać tę swoją śliczną, wyszczekaną buzię) w poduszki i uśmiechnął się podle, sprzedając jej lekkiego klapsa.
    - Lizaka - powtórzył, robiąc groźną (i jednocześnie wciąż rozbawioną) minę. - Ja ci zaraz dam lizaka.
    Powrócił na swoje miejsce, między jej udami - przyjrzał się nieśpiesznie wyeksponowanej teraz cipce, nad którym, niczym cholerna korona, tkwiły te niemożliwie zgrabne, okrągłe pośladki.
    Przysunął się do nich i ucałował lekko każdy z nich, przechodząc jednak do centrum kobiecości - zdał sobie z zawstydzeniem sprawę, że sam też potrzebował już znowu poczuć jej smak. Nie lubił przerywać raz zaczętej roboty, wzbudzało w nim to irytację, a kiedy był poirytowany...
    Robił się nieprzyjemny.
    - Mówiłaś coś o wrażliwości? - Spytał z udawanym zdziwieniem, zataczając wokół pulsującej łechtaczki wyjątkowo dokładne kółeczka językiem. - Tutaj? Naprawdę?
    Uśmiechnął się prosto w pieszczoną cipkę, wsuwając do środka swój długi język - zawiercił nim, imitując w oczywisty sposób penisa, sięgając każdej ścianki, której tylko mógł. Obejmował ustami dolne wargi, zasysając się na nich coraz mniej delikatnie. Smak tej kobiety był obłędny, uzależniający.
    - Teraz będziesz grzeczna? - Jeszcze jedno kółeczko i kciuk, przesuwający się jednocześnie po innej dziurce, prowadzącej do zupełnie innego tunelu. - Czy wolisz, żebym nie kończył?

    Draco

    Jego słowa zabrzmiały nieco groźnie i być może, gdyby miała w swoich żyłach mniej alkoholu, niż w chwili obecnej poruszyłoby to jej samoobronę, zapaliła się jakaś lampka. Ale nic z tych rzeczy. Isella, co prawda, nigdy specjalnie grzeczna w łóżku nie była, ale obecne możliwe niepokoje były raczej wyjaśnione - nie znała tego elfa, pomimo tego, że poszła z nim do łóżka. Jednonocne przygody na tym właśnie się skupiały, na nieznajomości.
    Wtulała policzek w poduszkę, zmuszona do tego poniekąd. Spoglądała zielonymi oczami na mężczyznę, który leżał obok niej i chyba świetnie się bawił. On też nie wiedział do czego była zdolna Isella. Tego mogła być pewna.
    Drgnęła niezwykle wyraźnie, gdy jego język znów znalazł się na wrażliwej łechtaczce i okolicach. Jęknęła zduszenie w poduszkę, gdy jego język wcisnął się do wnętrza kobiecości, rozpychając się, sprawiając, że nie mogła powstrzymać swoich bioder, które same się poruszały.
    Dziurka, po której przesunął palcem, a która dotychczas nie była dotykana przez Solasa skurczyła się delikatnie, zupełnie instynktownie.
    Dosyć tego, pomyślała sobie Isella.
    Była niezależną, silną kobietą. Facet nie będzie nią tutaj pomiatał, nie ma takiej opcji. Podniosła się bez problemu, spojrzała na Solasa i uśmiechnęła się przebiegle.
    - Wydaje ci się, że masz tu władzę, co? - szepnęła.
    Podniosła się, oblizując dolną wargę. Jej własne kosmyki włosów załaskotały po nagich plecach.
    Jednym ruchem przeniosła dłonie zza pleców do przodu, najwidoczniej szokując tym swojego partnera. Popchnęła go na pościel. Były rzeczy, co do których nie potrzebowała pełnych ruchów rąk. Uśmiechnęła się do niego nieco bezczelnie.
    Schyliła się, pozwalając, aby kucyk spadł na udo mężczyzny, łaskocząc tym samym jego skórę. Jeden ruch i większa część męskości Solasa zatopiła się w ustach dziewczyny.
    Już ona mu pokaże.

    Pan Vincent

    Zamierzał się z nią porządnie zabawić, ale ta uparta baba znowu pokrzyżowała mu plany - jak miał przewidzieć, że z tak upodlonej pozycji, podniesie się na kolana, jak gdyby nigdy nic?
    Tej kobiecie stanowczo brakowało wstydu - inne zawsze pękały w takim momencie, były po prostu... zbyt zażenowane faktem, że miał swobodny wzgląd na ich ciała i, tak, do kurwy nędzy, podobało im się to, że traktował je tak przedmiotowo. Kobiety to uwielbiały.
    No, może jednak nie wszystkie.
    Położył się na materacu, ale nie zamierzał wcale być grzeczny - wyciągnął dłoń, wsuwając ją śmiało między długie jasne pasma - rozwalił tym odrobinkę niedbały węzeł, w który były zebrane, ale była to w tej chwili rzecz, która obchodziła go najmniej na całym świecie. Pociągnął delikatnie, sprawiając, że do wnętrza ust dziennikarki dostała się jeszcze więcej jego nabitej, wilgotnej od cieknącego śmiało preejakulatu erekcji - syknął, gdy zadbane i ostre, jak brzytwy ząbki, ugodziły jego skórę.
    Wiedział, że było to z jej strony tylko zaczepką, ale na samą myśl o tym, do czego byłaby zdolna, gdyby rzeczywiście się postarała, ogarnęła go trwoga.
    Uśmiechnął się, przełykając nieco nerwowo ślinę; wsparł się na łokciach, spoglądając na kobietę z mieszanką poirytowania, podniecenia i bezgranicznego uwielbienia.
    - Jesteś niemożliwa - westchnął, pozwalając jej oblizać czubek swej męskości, jakby stanowił w tej chwili najsmaczniejszą rzecz świata. - Pomyślałby kto, że pani Lavellan nie potrafi zastosować się do zale-ach! - Wykrzyknął nagle, czując jak jego ciałem wstrząsa gwałtowny, elektryzujący dreszcz. - Kurwa - zaklął szpetnie, bo nie odnalazł w sobie lepszych słów na opisanie tego, co właśnie odczuwał. - C-co to... było?

    Draco

    Pierwsze wrażenie było całkiem miłe. Jego penis był z pewnością bardzo zadbany, czuć było też, że Solas odżywiał się prawdopodobnie całkiem zdrowo.
    Nie spodziewał się jej zachowania i to sprawiło, że poczuła się naprawdę dobrze. Spodziewała się jednak, że będzie trochę bardziej ugodowy, zupełnie nie wiedząc czemu. Gdy wsunął swoją dłoń w jej miękkie włosy, nie zareagowała - nie miała powodu. Ale gdy ta sama ręka docisnęła ją bardziej do jego męskości, sprawiając, że poczuła bardzo dokładnie czubek jego przyrodzenia w swoim gardle, zmarszczyła brwi.
    Ugryzła go delikatnie - nie na tyle, aby zrobić mu krzywdę, ale wystarczająco, aby ostrzec.
    Lepiej, żebyś uważał. W tym momencie to ja mam władzę i mogę zrobić ci krzywdę. Nie chcesz krzywdy.
    Iselli było niewygodnie. Jej dłonie w dalszym ciągu były skrępowane, nie mogła więc pomóc sobie bardziej, niż chciałaby. Musiała zadowolić się tym, co jej pozostało i miała zamiar wykorzystać swoje możliwości do końca.
    Sięgnęła wargami do jego jąder, pozwalając sobie na to, aby jego penis zakołysał się tuż przed jej twarzą - tym razem mokry także od jej śliny. Zassała się na prawym jądrze, delikatnie przygryzając skórę, zaraz jednak łagodząc to językiem i ssaniem. Nie spodziewała się jednak tak nagłej reakcji, kiedy tylko przyszło do jej głowy, by zassać się na jego główce najmocniej, jak tylko potrafiła. Jej policzki wklęsły się. Uniosła na niego wzrok, uśmiechając się delikatnie, choć zapewne nie było tego widać.
    Oblizała usta, zanurzając we wnętrzu swoich warg fiuta niemalże po same jądra. Zakrztusiła się przy tym raz, ale szybko opanowała sytuację. Jej piersi otarły się o udo Solasa.

    Pan Vincent

    Nie, naprawdę nie spodziewał się tego, że miał przed sobą prawdziwą mistrzynię obciągania - ale jak miał się, niby tego spodziewać, kiedy Isella w codziennych sytuacjach, sprawiała wrażenie tak łagodnej i niepozornej?!
    Westchnął głośno, przymykając powieki - nie potrafił ich dłużej trzymać otwartych, nie pod wpływem tak intensywnych pieszczot. Czuł, jak jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała prędko, w akompaniamencie nieco rozpaczliwie płytkich westchnień. I to naprawdę on wydawał z siebie takie odgłosy?
    Oblizał dziwnie spierzchnięte wargi, rozglądając się za czymkolwiek do picia. Może jakimś drinkiem? Chyba nie byli jeszcze aż tak pijani, prawda?
    Postanowił, że później zapyta dziennikarkę o jakiś alkohol - noc była jeszcze młoda, a oni mieli w sobie dużo energii - dlaczego by tego odpowiednio nie uczcić?
    Ale najpierw musiała mieć wolne usta... teraz zdecydowanie były bardzo zajęte czymś dużym, twardym i cholernie spragnionym uwagi. Właściwie musiał przyznać, że przy Iselli jego penis zmieniał się w chciwego atencjusza - wciąż i wciąż było mu mało, choć dostawał przecież towar z górnej półki.
    Ale to wszystko przez nią, to była tylko i wyłącznie jej wina - to ona pokazała mu, jakie to wszystkie mogło być przyjemne.
    Zajęczał głośno, czując, jak ruchliwy język przesuwa się znów na jego jądra - napięte i wrażliwe do granic możliwości, reagowały na każde muśnięcie gwałtownym skurczem, który ściskał mu nie tylko lędźwie i podbrzusze, ale całe cholerne ciało i umysł.
    - Przestań - poprosił, nieświadom tego, że wypowiedział te słowa na głos - s-skończ, bo zaraz dojdę.

    Draco

    Isella uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, który osiągnęła. Solas leżał pod nią, jęczący i pokonany przyjemnością, którą dostawał od niej, właśnie od niej.
    Spoglądała na niego kilka chwil, nim nie postanowiła, że w zasadzie nie przeszkadza jej opcja spełnienia go po raz kolejny. Nie zamierzała spełnić jego próśb.
    - Chcę, żebyś doszedł - przyznała, przesuwając językiem wokół główki, sączącej się teraz coraz bardziej. Członek był zaczerwieniony, napęczniały. Faktycznie, prawdopodobnie powstrzymywał się teraz po prostu siłą woli.
    Odepchnęła od siebie jego ręce, którymi próbował ją powstrzymać.
    Nie trwało to długo. Dosłownie kilka sekund później jej gardło zaatakowane zostało gęstą, gorącą cieczą i to nie jednym splunięciem, czy dwoma. Trzy gęste ładunki znalazły się w jej ustach. Z początku zakrztusiła się, ponieważ strumień uderzył ją w gardło, gdy miała praktycznie całą długość fiuta w swoich ustach. Na kolejne była już gotowa.
    Oblizała usta, ścierając palcami pozostałości białych śladów na jej brodzie. Zębami pociągnęła za krawat, a ten rozwiązał się, choć musiała nad tym chwilę popracować.
    Była usatysfakcjonowana. Spoglądała na jego zmęczoną twarz. Pogłaskała go subtelnie po twarzy, pozwalając na to, aby wtulił twarz w jej dłonie.
    Isella, wiedziona zupełnym instynktem i jakimś poczuciem chwili przysunęła się bliżej niego, przytulając się do jego boku.

    pan Vincent

    Bogowie - to, co przeżywał, szczytując w ustach tej kobiety, było po prostu nie do opisania zwykłymi słowami - patrząc na jej twarz, na to z jakim skupieniem ssała jego członka, słysząc wszystkie pomruki, które przy tym wydawała...
    Po raz pierwszy od bardzo dawna, czuł się w czyjejś obecności tak... atrakcyjny, tak wart uwagi. Owszem, nie narzekał na powodzenie u kobiet, ale - mógł to z całą pewnością przyznać - nigdy nie wylądował w łóżku z tak namiętną, pełną pasji kobietą. Pomimo skrępowanych nadgarstków, ta mała prowokatorka radziła sobie z nim tak, jakby robiła to już setki, tysiące razy wcześniej i sama ta myśl, choć wydawała się zupełnie nie na miejscu, nakręcała go tylko bardziej.
    Doszedł w jej usta, trysnął w jej cholerne gardło, a ona tak po prostu przyjęła to wszystko, oblizując się potem jeszcze, jakby miała do czynienia z najsmaczniejszym nektarem tego świata.
    Przez chwilę leżał tylko w miejscu, odzyskując oddech - nagłe uczucie małej dłoni na twarzy (kiedy ona w ogóle pozbyła się tych więzów?) wydało mu się niemożliwie... przyjemne. Miłe, pokrzepiające i czułe. Cholera, to było nieprawdopodobne, ile kontrastów mieściła w sobie ta kobieta.
    - Masz może... - zaczął, ale zabrakło mu głosu. Poczekał więc, aż jego oddech stanie się w miarę regularny, uśmiechając się z zawstydzeniem. - Masz może coś do picia? Coś mocniejszego - dodał pośpiesznie, parskając śmiechem na jej zdziwioną minę. - Mam ochotę jeszcze się napić, jeśli to dla ciebie nie problem.

    Draco

    - Mogę zrobić ci drinka. Ale to nie będzie nic wybitnego, kursu barmana niestety nie miałam - uśmiechnęła się do niego lekko, całując go delikatnie w usta.
    Podniosła się z łóżka, obchodząc je na około. Poszła do kuchni. Zapaliła małe światło w kuchni (służące do tego, aby nie pociąć sobie palców, gdy w nocy najdzie mały głód), które oświetlało aneks kuchenny, przytłumiony blask docierał także do kanapy, ale z pewnością w półmroku pozostawało łóżko.
    Otworzyła lodówkę, wyciągając z niej trzy rzeczy - wódkę limonkową, coca-colę i sok jabłkowy. Otworzyła kartonik, upijając od razu kilka łyków. Z cichym westchnieniem odstawiła sok na bok. Wyciągnęła z szafki szklankę, do której nalała wódki - starała się nie przesadzić, ale ze zdziwieniem zauważyła, że jej ręka trochę zadrżała. Być może nalało jej się odrobinę więcej, niż zamierzała, ale Isella uznała, że nie powinno stanowić to większego problemu. Zalała alkohol colą i wrzuciła do środka dwie kostki, które wydobyła z zamrażarki.
    Dwie minuty później, wciąż naga, podała mu drinka, uśmiechając się lekko.
    Solas wydawał się spragniony, bo w ciągu dosłownie chwili zniknęło co najmniej połowa szklanki. Isella schowała wódkę i colę do lodówki, nie chcąc, by były ciepłe następnego dnia. Zostawiła jednak sok w pobliżu łóżka, wiedząc doskonale o tym, że kiedy tylko nastanie moment obudzenia się będzie im ciężko z towarzyszącym kacem, który niewątpliwie się pojawi - zawsze się pojawiał.
    Usiadła obok niego. Oparła się o wezgłowie, wcześniej sięgając po szlugi. Chwilę później z jej wciąż ciemno fioletowych ust wypłynął siwy obłok dymu, a powietrze zapachniało karmelowymi papierosami.

    Pan Vincent

    - Jasne, wódka będzie w porządku - wymruczał, podążając za nią spojrzeniem (cholera, ta kobieta była tak atrakcyjna, że ciężko było od niej oderwać wzrok nawet wtedy, kiedy paliła absolutnie nieatrakcyjne papierosy). Przyjął szklankę i przyssał się do niej, spragniony, odkrywając ze zdziwieniem, że upił od razu połowę jej zawartości.
    Rzucił dziennikarce nieco szalone spojrzenie i odstawił naczynię na szafkę nocną, przeciągając się nieco kocim ruchem. W krótkiej chwili przewrócił się na brzuch, a potem odepchnął przedramionami, by znaleźć się idealnie między smukłymi udami swej towarzyszki.
    - Dałaś mi jeden z najlepszych orgazmów, jakie kiedykolwiek przeżyłem - wyszeptał, czując, jak alkohol znów szumi mu przyjemnie w głowie. Bogowie, ten drink chyba był nieco... mocny? Albo to przez doznania, te wargi i język były naprawdę... - Pozwól, że odwdzięczę się tym samym.
    Nie czuł potrzeby, by dodać cokolwiek więcej - pomógł kobiecie rozłożyć nogi tak szeroko, jak tylko się dało (może odrobinę nieprzyzwoicie) i sięgnął do jej kobiecości, rozkładając bezczelnie jej różowe płatki. Z chorą fascynacją zajrzał w sam pulsujący środek, a potem pochylił się, by zanurkować w dziurkę samym koniuszkiem języka.
    I, nie, nie był powolny i delikatny - kiedy już się przyssał, pieprzył, kąsał i całował wilgotną cipkę tak szybko, jak tylko potrafił. Smakował jej i przełykał każdą kroplę, którą otrzymywał, oblizując się po niej ze smakiem. Zerkał co jakiś czas ze swojej uniżonej pozycji, podziwiając tak z dołu zaciągającą się niezręcznie papierosem kobietę. Wyglądała po prostu idealnie, kiedy miotała się między kolejnym machem, a wydaniem z siebie soczystego jęku.
    - Coś nie tak, panno Lavellan? - Spytał zaczepnie, trącając wargami jej nabrzmiałą łechtaczkę. - Wydaje się pani dziwnie nerwowa.

    Dracp

    Gardło dalej ją nieco bolało, nadwyrężone. Suchość, jaką gwarantował papieros nie pomagał, ale cóż, nie mogła nic na to poradzić.
    Półleżała, oparta o poduszkę i wezgłowie, pozwalając sobie odpocząć. Isella miała przymknięte powieki i po prostu powoli paliła, rozkoszowała się lekkim drapaniem w gardle, wypuszczaniem dymu z ust i nosa.
    Drgnęła, gdy poczuła ruch obok siebie, ale dalej nie otworzyła oczu - zrobiła to dopiero w momencie, w którym usłyszała szept Solasa.
    Zamrugała kilka razy, uśmiechając się do niego. Być może nie był to górnolotny komplement, ale nie można zaprzeczyć, że zrobiło jej się po prostu miło. Cieszyła się, że Solas zwyczajnie czuł się spełniony.
    Nie oczekiwała rewanżu. Już teraz Isella czuła się naprawdę zadowolona i... cóż, senna. Gdy przyszedł dotyk jego warg, a później także języka - nie mogła zareagować w inny sposób, tylko jękiem.
    Jej ręce zaczęły drżeć, przez co nadmiar popiołu spadł na pościel, zamiast do popielniczki. Nie zwróciła na to uwagi, pogrążona w uczuciu wicia się, prężenia, rozchylania ud mocniej.
    Mięśnie jej nóg napięły się, brzuch wciągnął, a wolna dłoń zaciskała się na pościeli aż bielały kostki. W pewnym momencie zupełnie zapomniała o papierosie i choć był już cały spalony, jego końcówka wciąż się żarzyła, wkrótce zaczęła piec w palce. Wtedy zwyczajnie puściła niedopałek na podłogę, zupełnie go ignorując.
    Z jej gardła wydobył się głęboki jęk, usta były półotwarte, a oczy mocno zaciśnięte. Całe jej ciało spięło się w spazmie, zamknęło język Solasa w swoim wnętrzu, Isella zacisnęła uda na jego ramionach zupełnie tego nie kontrolując.
    - Och, kurwa - westchnęła kilka chwil później, gdy odzyskała choć odrobinę głosu.
    Leżała, nie mając siły poruszyć się choć odrobinę, nawet jednym palcem. Poczuła tylko, że Solas położył się obok niej. Mruknęła cicho.

    Pan Vincent

    Żaden inny uścisk na świecie nie był równie przyjemny i satysfakcjonujący, co ten, który mogła dać kobieta, podczas przeżywania silnej rozkoszy - Solas rozkoszował się dotykiem smukłych ud, uśmiechając się prosto w pieszczoną kobiecość. Zagarnął w usta jeden z płatków, zasysając się na nim delikatnie w formie pożegnania. Zlizał wszystko to, czego wcześniej mu się nie udało, całując zmęczoną od pieszczot łechtaczkę i dopiero wtedy uniósł się nieco chybotliwie na łokciu (wciąż kręciło mu się w głowie i nie umiał zrozumieć, jakim cudem był tak pijany) i ułożył się obok dziennikarki, przymykając sennie powieki.
    - Wiesz - zaczął, tłumiąc potężne ziewnięcie - lubię seks.
    Nie wiedział, że był aż tak zmęczony - chwilę później bez udziału własnej woli, poczuł jak jego głowa przechyla się nieco i opada na poduszkę, a kiedy jej mięciutka powierzchnia dotknęła jego twarzy... zasnął, ot tak.
    Ale kiedy się obudził, nic już nie było takie samo - srebrzyste światło księżyca, które dawało sobą tajemniczą, magiczną poświatę, został ostry i rzeczywisty brak słońca, który palił go swym światłem prosto w środek czaszki. Niesmak alkoholu ciążył wyraźnie na języku, głowa bolała go niemiłosiernie, mięśnie rwały tępym bólem, a sypialnia...
    Kurwa mać.
    Sypialnia nie należała do niego - odkrył to, gdy wyciągając dłoń, nie napotkał pod nią szafki nocnej. Nie wiedział, gdzie był jego telefon, rzeczy... Nie wiedział niczego. Postanowił, że jedynym słusznym rozwiązaniem będzie otworzenie oczu i rozejrzenie się po pomieszczeniu, ale z drugiej strony oznaczało to ponowne narażenie się na cholerne światło i...
    Trudno - przecież nie mógł w nieskończoność leżeć w tym miejscu, zastanawiając się, czym ono w ogóle było.
    Uchylił więc powieki i ostrożnie zerknął w prawo... a wtedy wspomnienia zeszłej nocy uderzyły w niego z siłą rozpędzonego pociągu. I już doskonale wiedział, gdzie, z kim, i dlaczego się znajdował.
    Bogowie... wypił stanowczo za dużo alkoholu... Zaciągnął tę biedną kobietę do łóżka, wykorzystując fakt, że była równie pijana, co on.
    Za kogo ona będzie mnie miała, kiedy już się obudzi - zmartwił się, wyplątując się z pościeli najciszej, jak tylko się dało.
    Zachował się, jak rasowy podrywacz najgorszej kategorii i naprawdę źle się z tym czuł - tyle lat gardził takimi osobami, że w chwili, gdy zrozumiał, że sam postąpił dokładnie w ten sposób, poczuł się tak, jakby zdradził samego siebie.
    Westchnął nieszczęśliwie, odnajdując na podłodze swoje spodnie - nie przewidział tylko, że chcąc je wsunąć na tyłek, sprawi, że tkwiący w kieszeni telefon komórkowy, wysunie się z materiału, uderzając tak o podłogę.
    Bardzo. Głośno.

    Draco

    Isella miała raczej mocny sen, ale zdecydowanie nie spodziewała się, że coś uderzy bardzo mocno o podłogę, więc gdy tylko usłyszała potworny hałas drgnęła, otwierając szeroko oczy, co spotkało się z naprawdę głośnym jękiem bólu. Zapomniała zasłonić żaluzje. Ból w czaszce odezwał się echem, przypominając, że wczorajszy wieczór był najwidoczniej prawdziwy. Dźwięki, które miały być ciche, ale takie nie były zwiastowały, że ktoś jeszcze znajdował się w mieszkaniu.
    Czy zamknęła drzwi, wracając do domu? Nie miała pojęcia, nie pamiętała. Uniosła się na łokciach, orientując się, że leżała naga wśród skotłowanej pościeli. Na łóżku leżał też jej but na obcasie, część sukni, która wisiała w zasadzie na słowo honoru, jeden rękaw koszuli...
    Przeniosła spojrzenie na Solasa, który teraz zarumienił się intensywnie i ewidentnie był... skrępowany. Cóż.
    Spali ze sobą. Trzeba było przyznać, że Isella nie planowała tego... wszystkiego. Co nie oznaczało, że żałowała. Nie była taka, jak Variel - wyzwolona, preferująca jednonocne przygody. Ale nie była też Josie, która chyba nigdy nie miała takiej sytuacji.
    - Cześć - przywitała się cicho, odkrywając, że ma chrypkę. Chrząknęła, podnosząc się do siadu. Potarła bolące skronie. Jej włosy były całe rozczochrane, zebrała je więc niedbale w luźny węzeł. Podniosła się nieco chwiejnie z łóżka, opuszczając rolety do połowy - stwierdziła, że mniej światła będzie tym razem zbawienne.
    Ziewnęła i przeciągnęła się. Solas wydawał się niemalże sparaliżowany.
    - Mam gdzieś tabletki na ból głowy, chcesz? - Isella przeszła nago przed mężczyzną, sięgając w pierwszej kolejności do pozostawionego kartonu soku na stoliku nocnym, tuż obok szklanki z niedokończonym drinkiem.
    Upiła kilka łyków z gwintu, reflektując się dopiero po chwili, że powinna zasugerować mu coś do picia?
    - Jeśli chcesz wodę albo sok, czuj się jak u siebie, naprawdę. Butelka wody powinna być w lodówce.
    Isella uznała, że to dobry moment, aby nałożyć coś na siebie. Podeszła do komody i wyciągnęła z niej koszulkę na ramiączkach w błękitnym kolorze i zwykłe, szare, dresowe spodenki.
    Kilka chwil później nie świeciła już golizną. Stanęła za to na palcach przy górnej szafce w kuchni, obok lodówki i sekundę później wyciągnęła stamtąd leki na ból głowy.


    Sponsored content

    Elf w wielkim mieście.  Empty Re: Elf w wielkim mieście.

    Pisanie by Sponsored content

      Similar topics

      -

      Obecny czas to Sro 17 Sie 2022, 12:48