Folie a deux

    Share
    avatar
    Koss Moss
    Zaangażowanie

    Punkty : 285
    Liczba postów : 92
    Wiek : 100

    Folie a deux

    Pisanie by Koss Moss on Sob 12 Sty 2019, 02:28

    Folie a deux

    Fabuły, które zostały rozpoczęte na starej wersji forum, tutaj znajdują swoją kontynuację. Pracujemy nad zabezpieczeniem treści starego forum – wkrótce uzyskacie dostęp do stabilnego archiwum.

    Początek tej fabuły znajduje się TUTAJ.



    Siedząc w loży, słuchają kolejnych występów. Muzycy – zarówno ci młodsi, jak i nieco starsi – reprezentują najwyższy poziom, to ostatecznie wielki finał. Louis spokojnie ogląda występy, uśmiechając się marzycielsko, kiedy dłoń ojca gładzi jego udo.
    Co może pójść źle, kiedy wspiera go najważniejsza osoba na świecie. Co może pójść źle?
    Występuje jako siódmy. Mówi się, że to szczęśliwa liczba. Już kiedy piąty muzyk wchodzi na scenę, Louis Bealford opuszcza lożę, by udać się na dół, na zaplecze, i przygotować się do występu.
    Stres, który odczuwa, jedynie motywuje go do wzięcia się w garść. Jest Bealfordem, z dumą nosi to nazwisko i z radością okryje je chwałą, na jaką zasługuje.
    Wystarczy perfekcja.

    Will wsłuchuje się w występy na granicy przytomności. Głowa osunęła mu się w bok, ciężkie powieki opadły, kryjąc pod sobą błękit. Okryte garniturem ramię stało się jego oparciem. Hannibal jest jedyną ostoją, jedynym bastionem bezpieczeństwa.
    Tak dobrze go zna i rozumie, on jedyny.
    Jest panem jego myśli. W jego umyśle brzmi ochrypły głos o twardym akcencie, który na dobre wyparł już ten poprzedni, znany młodzieńcowi od urodzenia – jego własny.
      ― Mój wewnętrzny głos ― chrypi cicho Will wśród rozkosznych dźwięków Scen dziecięcych Schumanna ― brzmi jak ty.
    Hannibal spogląda na chłopca z nieopisaną satysfakcją, przechylając głowę. Patrzy w błękitne oczy, chociaż spojrzenie tych błądzi gdzieś indziej. Musi się czuć jak władca – jak bóg – rozsmakowując się w bezgranicznej władzy, w poczuciu jedności z kimś tak bardzo od niego zależnym.
      ― Co ci podpowiada ― szepcze z wargami tuż przy muszelce ucha, owiewając ją gorącym powietrzem, i Will wzdryga się, i ociera policzkiem o lekko szorstki materiał.
      ― Że nie mam na tym świecie nikogo ― szepcze wśród dźwięków mało udanego występu. ― Że zostałeś tylko ty.
    Czuje na swym uchu dotyk żarłocznych warg – jego własne drżą, a przez ciało przemyka znajomy dreszcz. Cała krew spływa do krocza; pożera go gorąc, jest wobec tego bezradny. Odchyla delikatnie głowę – uległy, zależny, pokonany – ale…
      ― Wiem, że coś mi zrobiłeś ― te słowa są ciche, ale niosą w sobie zadziwiającą pewność; nie powinny teraz paść, nie w takim stanie, nie, kiedy młodzieńcze ciało jest tak rozluźnione, nie, kiedy umysł powinien być otwarty i jak nigdy podatny na wpływy. ― To nie była herbata i wiedz, że… dowiem się wszystkiego.

    W powietrzu wisi napięcie, lecz oto nagle, po skromnej zapowiedzi, salę wypełnia melodia, której zignorować nie można. Przy fortepianie zasiada jasnowłosy młodzieniec, ten, o którym tyle się mówi. Zwinne palce od samego początku, od pierwszych nut, uderzają w klawisze z pasją kochanka, z gwałtownością burzy.
    Liszt i szósta spośród Grandes études de Paganini. Podobno obaj sprzedali duszę diabłu w zamian za nadludzkie zdolności.
    Jeżeli tak, musiał zrobić to i młody Bealford. Nikt nie śmie nawet chrząknąć, gdy szczupłe, długie palce skaczą po klawiaturze jak opętane, z nieopisaną prędkością wygrywając kolejne wibrujące dźwięki. Ileż razy na sekundę są w stanie uderzyć w klawisze?
    Na twarzy Louisa maluje się namiętność, ale przede wszystkim głębokie skupienie. Żadnej arogancji, nie w chwili takiej jak ta. Ani jednego zuchwałego uśmiechu, ani nutki satysfakcji. Jest przedłużeniem muzyki – nie pozwala, by jakikolwiek grymas zakłócił wydźwięk utworu, nie pozwala, by perfekcyjne maski choćby na chwilę zsunęły mu się z twarzy, pokazując kamerom to, czego pragnęły. Tak wiele osób na tej sali i poza nią czeka na jego potknięcie…
    Ale wtem nadchodzi szybsza partia utworu, moment, który jak żaden inny niesie ze sobą ryzyko zguby. Palce poruszają się tak szybko, że wyglądają jak zrobione z gumy – panicz i instrument stanowią jedność, swoboda wygrywania dźwięków przypomina tę, z jaką większości pospólstwa przychodzi wypluwanie z siebie zbędnych słów.
    Muzyka króluje w umysłach i sercach zebranych, a gdy milknie, między ostatnią drżącą nutą a brawami następuje niezwykle długa pauza – Louis ma czas, by odetchnąć, wyprostować się i odgarnąć z twarzy kosmyki, nim napięcie opada i tłum zaczyna wyrażać entuzjazm.
    Spojrzenie panicza biegnie znów do jednej tylko osoby.
    Do niego. Do człowieka, którego zachwyt coś znaczy.
    Alexander spogląda na niego z góry i zmienia nieznacznie pozycję, pochylając się do przodu – snop światła pada na jego oblicze. Na nim zaś maluje się wszystko to, czego panicz by pragnął.
    Ojciec jest dumny. Tatuś kocha swoje maleństwo, swoją śliczną laleczkę, której pełne, różowe wargi wydymają się i wykrzywiają w zuchwałym uśmieszku, kiedy błękitne spojrzenie pada na klaszczący tłum.
    To jego chwila. Nie musi dostawać kryształowej statuetki, która stoi na stole jurorskim i połyskuje w świetle, przyciągając wzrok. Już jest zwycięzcą.

    W półgodzinnej przerwie prosto zza kulis wychodzi, spocony, na korytarz i – z uśmiechem, lecz niedbale i pośpiesznie przyjmując komplementy od znanych i nieznanych mu osób – kieruje się na górę, gdzie przy loży już czeka na niego Alexander, gdzie czekają pan Lecter i zagubiony Will.
      ― Cóż za niesamowity występ ― mruczy Hannibal. ― Muzyka wypływająca spod tak utalentowanych dłoni potafi przenieść mnie w dawno zapomniane rejony młodości. To piękna sztuka, paniczu Bealford.
      ― Dziękuję, panie Lecter. Z pańskich ust takie słowa to największy komplement ― szepcze, owijając sobie jasny pukiel wokół palca, i przenosi wzrok na ojca, którego blade wargi wykrzywiają się w sugestywnym uśmiechu. ― Będę musiał panów przeprosić. Pójdę się odświeżyć. ― Przedłuża spojrzenie z Alexandrem i odwraca się, by ruszyć w stronę toalet, jednak w połowie drogi ktoś go zaczepia.
      ― Louis Bealford. Jak zwykle perfekcyjny występ ― słyszy głos pełen jadu, który pewnie by zignorował, gdyby nie chwytająca go za przegub dłoń. Zatrzymuje się gwałtownie i spogląda w ciemne oczy swojego konkurenta, Armina Hillsa. ― Tylko co z tego, skoro całkiem pusty. Znakomita technika. Całkowity brak duszy.
    Louis wyszarpuje przegub z jego uścisku i ociera go ze słabo skrywanym obrzydzeniem.
      ― Armin Hills ― mruczy. ― Twoja matka zdechła, bo zanudziłeś ją na śmierć, czy to jednak choroby weneryczne? Kiedy się wiedzie taki tryb życia, to…
    Jego słowa odnoszą oczekiwany efekt. Jadowity uśmieszek znika z piegowatej twarzy, ustępując miejsca czystej furii. Następnie rzeczy dzieją się zbyt szybko, aby mógł czemukolwiek zapobiec. Chłopak rzuca się na niego i z nieopisaną agresją popycha brutalnie przez całą szerokość korytarza aż do balustrady, na którą Louis wpada i której krawędzi chwyta się, by uniknąć przechyłu do tyłu.
    Piękna twarz odwraca się w bok, a błękitne, rozszerzone ze strachu oczy spoglądają w dół, na posadzkę holu piętro niżej; adrenalina krąży w żyłach, krew szumi w uszach, żadne słowa przez dłuższą chwilę do niego nie docierają.
    Jak przez mgłę widzi swego ojca – już jest obok, już swoją laską przyciska dłoń Hillssa do ściany, boleśnie wbijając ostry koniec w samo jej centrum.
    Alexander jest wściekły – jego uśmiech to uśmiech drapieżcy, zimny jak lód, dziki jak grymas rozjuszonego tygrysa.
      ― Niebezpiecznie jest pchać tak zręczne dłoni tam, gdzie nie trzeba ― zauważa ze stoickim spokojem. ― W naszym gronie sprawne palce są niezwykle ważne.
    Cofa laskę i odsuwa się od pobladłego chłopaka. Podchodzi do syna, który przykłada dłoń do ust, jeszcze dochodząc do siebie.
      ― Louis ― w głosie pana Bealforda słychać spokój, ale tylko pozorny. Louis wyczuwa, jak bardzo jego drogi ojciec jest poruszony, jak bardzo rozwścieczył go ten skandal. ― Całe szczęście, że udało ci się zapobiec temu nieszczęsnemu upadkowi. ― Wzdycha ciężko, wyciągając z kieszeni papierośnicę, i odwraca się, by skierować kroki w stronę zewnętrznego tarasu.
    Louis bierze głęboki wdech, prostuje się dumnie, uśmiecha krzywo – skupia się na nich teraz tak wiele oczu, tak wiele obiektywów – i rusza za mężczyzną, który bez wątpienia musi czuć się zażenowany.
      ― Co za plebejusz… ― szepcze, oplatając się ramionami; powietrze jest zimne. ― Powinien panować nad prymitywnymi emocjami. Nie potrafił odpowiedzieć słowem, więc odpowiedział pięściami. Ordynarne ― skarży się, ale też usprawiedliwia.
    Nie chce, by był zażenowany lub zirytowany choćby w najmniejszym stopniu z jego powodu.
    Alexander zaciąga się dymem i lekko odgina nadgarstek dłoni, w której trzyma papierosa. Jego twarz jest spięta, ale wkrótce delikatnie się rozluźnia. Odwraca się do syna, rozgląda pobieżnie i dyskretnie wsuwa końcówkę papierosa między różowe wargi Louisa, poprawiając z troską jego zmierzwione, piękne loki.
      ― Na szczęście ani słowa, ani pieści nie są nam w stanie wyrządzić krzywdy ― mruczy miękko, kiedy Louis wypuszcza łagodnie dym na jego policzek.
      ― Gniewasz się na mnie? ― zapytuje ciepło, słodko.
      ― Jak mógłbym ― odpowiada Alexander, choć w jego głosie wciąż jest tak wiele emocji. ― Gniewam się na szaleńca, który odważył się ciebie tknąć.
      ― Mój piękny ojcze, ten grubianin nie jest wart twojego gniewu ― szepcze Louis. ― Pozwolisz mi się porwać do garderoby? ― pytanie zadane jest takim tonem, jakby dotyczyło pogody i nie zawierało żadnego podtekstu. Panicz uśmiecha się seksownie i wyciąga dłoń, by pogładzić palcami szlachetne zagłębienie policzka, ale cofa ją, nim może się to wydać niestosowne jakiemuś obserwatorowi. ― Jest otwarta i nikt tam teraz nie zagląda, a przecież nie obchodzi nas jego występ.

      Obecny czas to Czw 17 Sty 2019, 06:51