The Lost Silence

    Share
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:04



    The Lost Silence


    Dwóch byłych współlokatorów z college'u odkrywa, że zostali sąsiadami. Jeden z nich ma kaszel.

    Tak wyglądała ustalona na początku fabuła, dopóki historia nie zaczęła żyć własnym życiem. I nadal biegnie w nieokreślonym kierunku, ale warto zaznaczyć że w całym wątku porozrzucane są różne triggery dla osób wrażliwych czy mających problemy natury psychicznej, prosimy aby mieć to na względzie przed rozpoczęciem czytania.





    grafika i opis autorstwa @effsie





    Max Stone
    × Wiek: 27 lat
    × Data urodzenia: 07.10.
    × Narodowość: Amerykanin
    × Wzrost: 178 cm
    × Sylwetka: szczupła, BMI wskazuje na wagę prawidłową, a budowa ciała na rażący brak siłowni

    ***

    Wróciwszy do domu, w pierwszej kolejności rozłożył w korytarzu mieszkania swoją mokrą parasolkę, żeby mogła sobie wyschnąć. Padało już prawie cały tydzień i nie wyglądało na to żeby miało przestać w najbliższym czasie. Cóż, na tę porę roku nie było to nic zaskakującego, więc trochę ciężko było mu sympatyzować z wszechobecnym narzekaniem na pogodę. Sam lubił deszcz. Może niekoniecznie lubił być przemoczony do samej bielizny, ale widok deszczu i zapach miasta spowitego nim był dla Maxa kojący.
    Jedyne co go irytowało w obecnej pogodzie to fakt, że każdy dookoła odczuwał potrzebę podzielenia się swoją dezaprobatą co do faktu, że pada. W pracy, w metrze, nawet w kolejce do kasy. Dla niektórych ludzi deszcz był na tyle niesamowitym wydarzeniem, że aż trzeba było się nim podzielić z przypadkowym człowiekiem.
    A że Max był obdarzony tak ogromną ilością asertywności, że aż żadną, to dawał się wciągać w te pogawędki. To nie tak, że był całkowitym mrukiem i zgredem, ale po prostu nie widział sensu w small talku, który do niczego właściwie nie prowadził.
    Tego popołudnia w metrze siedział obok kobiety, która podczas dziesięciu minut jazdy zużyła chyba całą paczkę chusteczek. Rzeczywiście, łatwo było złapać jakieś paskudne choróbsko przy takiej pogodzie, zwłaszcza zważywszy na fakt jak dynamicznie się w ostatnim czasie zmieniła. Tak, choroby to była inna upierdliwa rzecz związana z deszczem. Max miał szczęście mieć całkiem niezłą odporność (albo zwyczajnie nie narażał się na choroby), ale jego współpracownicy niekoniecznie, przez co miał więcej pracy.
    Był także jego sąsiad z mieszkania obok, który ewidentnie również coś złapał i Max wiedział o tym doskonale, mimo iż nigdy go nawet nie widział na oczy. W zasadzie nawet nie był pewien, czy to on, ale kaszel brzmiał raczej...męsko.
    Max mógł podziękować cienkim ścianom w budynku. Zawsze mogło być gorzej, mógł mieszkać obok imprezujących studentów czy pary z bujnym życiem seksualnym...a dostał kaszlącego gościa. Nie tak źle.
    I może po prostu czuł się za bardzo rozpieszczony tą ciszą, ale ten głośny, niekończący się kaszel go wkurzał. Nie mógł mieć pretensji do chorego człowieka, ale...cholera, musiał napisać te artykuły! A w takich warunkach ciężko było się skoncentrować.
    Co gorsza, z dnia na dzień kaszel wcale nie zdawał się mijać, a wręcz stawał się jeszcze gorszy. Czy ten człowiek był w ogóle u lekarza? Brzmiało paskudnie, zdecydowanie nie jak zwykłe przeziębienie. A może mieszkał obok osoby starszej czy niepełnosprawnej, która nie potrafiła sobie sama poradzić? Naprawdę nie wiedział nic o osobie mieszkającej obok. Przeprowadził się do tego mieszkania zaledwie kilka miesięcy temu, ale i tak to dosyć dziwne że przez ten czas nie zdołał się nawet minąć z sąsiadem. Z drugiej strony...to nie tak, że Max jakoś często opuszczał swoje mieszkanie. Głównie idąc do pracy. Cóż...prawie tylko w tym celu. A i do pracy nie chodził jakoś często. Będąc częścią redakcji portalu internetowego mógł spokojnie pracować w domu przez większość czasu. Nawet zakupy robił przy okazji wyjścia do pracy. Kiedy dawał namówić się współpracownikom na piątkowego drinka to było prawdziwe święto. Brzmi trochę żałośnie, prawda? Ale Maxowi takie życie, o dziwo, w ogóle nie przeszkadzało. Było mu wygodnie w tej rutynie.
    Noc zdołała już zawisnąć całkowicie nad Nowym Jorkiem, a Max był w trakcie pisania kolejnego artykułu. Trafił na temat w miarę lekki i przyjemny, więc teoretycznie powinien szybko mieć to z głowy, ale czuł cholerne zmęczenie i ogromne problemy ze skupieniem się.
    Ponadto...ten przeklęty kaszel.
    W pewnym momencie jednak kaszel sąsiada stał się na tyle intensywny, że zaczęło to brzmieć jakby ten człowiek się dusił.
    Niewiele myśląc wstał z krzesła i wybiegł z mieszkania.
    Halo? Wszystko w porządku? — pytał, pukając do sąsiednich drzwi. — Wezwać pomoc?
    Jako dziennikarz miał okazję zetknąć się z paroma historiami o tym, jak samotni ludzie umierali w swoich mieszkaniach i nikt się im nie zainteresował dopóki gnijące ciało nie zaczynało mocno śmierdzieć. I może trochę wyolbrzymiał sprawę, ale nie chciał mieć innego człowieka na sumieniu.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:09




    Ian Monaghan
    mięso, siniaki, 27 lat, prysznic, Australia, kawa, tatuaż, rośliny, deska

    ***

    Oczywiście, znowu musiało padać. Cholerna jesień, cholerny październik, miałem już dość tych wszystkich jednakowych dni, które zlewały się w jedną całość i po raz chyba setny plułem sobie w brodę, że nie zostałem w Kalifornii. Nowy Jork miał być zajebisty, a jak na razie wkurwiał mnie na każdym możliwym kroku, całe szczęście, że minęła już ta cała szopka z 11/9, bo – słowo daję – już nie wytrzymywałem. Tęskniłem za słońcem i w tej chwili nie rozumiałem, co pieprznęło mnie w głowę, że zdecydowałem zamieszkać się na tym cholernym, wschodnim wybrzeżu, razem z tą parszywą mżawką, która nie odstępowała mnie na krok. Deska stała oparta o ścianę i zdawała się ze mnie drwić, kiedy każdego dnia musiałem poruszać się metrem, kisić się w tubie razem z dziesiątkami ludzi. Całe szczęście, że minęło już lato – absolutnie nie rozumiałem jak ktokolwiek mógł wsiadać do jednej puszki z całym naręczem śmierdzącej potem gawiedzi.
    Październik dawał mi mocno w kość i miałem wrażenie, że cały świat mocno ze mnie drwi. Nie dość, że swój budżet skutecznie uszczuplałem przez te cholerne podróże metrem to tydzień temu zamknęli moją ulubioną spelunę na dole, w której spędzałem zdecydowanie za dużo czasu – praca w domu nigdy mi specjalnie nie wychodziła, a kiedy wróciłem już ze studia, nie chciało mi się tam specjalnie dymać, więc dość często zdarzało się, że zwalałem się na dół z całym swoim majdanem. Stary, poczciwy Javier znał mnie całkiem dobrze; czasami ucinaliśmy sobie pogawędkę, a czasami po prostu nalewał mi jednego z najpodlejszych sikaczy i zostawiał samemu sobie. Moje piwo, moja whisky, mój stolik, moje krzesło, moje kalki, moje długopisy, mój notes, mój świat. Nie znosiłem, gdy ktokolwiek mi wtedy przeszkadzał, a od tygodnia szlajałem się po okolicy w tę i z powrotem, szukając nowego odpowiednika Tawerny i, ni chuja, gdzie nie usiadłem – chwilę później przy moim stoliku pojawiały się jakieś smukłe cizie, dla których mój brak zainteresowania nie był najwyraźniej żadną aluzją.
    I do tego ten przeklęty kaszel.
    Cholerstwo męczyło mnie już od kilku dni i nawet – pomimo faktu, że u lekarza ostatni raz byłem z mamą, mając pięć lat – rozważałem taką opcję, ale potem przypomniałem sobie, że aktualnie mieszkam w absolutnie najgorszym kraju na świecie, gdzie może i mogę sobie kupić spluwę i nosić ją w kieszeni, ale jeśli coś mi się stanie to ni chuja, nawet nie będzie mnie stać na karetkę do szpitala. Umówmy się, moja sytuacja finansowa nie wyglądała najlepiej: jasne, ewakuując się z Australii dostałem niby jakieś stypendium na studia, ale pokryło marne osiemdziesiąt procent, więc na karku wciąż miałem niespłacony kredyt, który, jako dziewiętnastoletni idiota, zaciągnąłem żeby uczyć się rysować. Kurwa, brawo, Monaghan, ty to sobie urządziłeś życie, szkoda że te osiem lat temu nie wiedziałeś, że by być grafikiem nie trzeba żadnych studiów. Ba, szkoda, że nie wiedziałeś, że nawet nie chcesz być grafikiem. Po studiach w San Fran przewalałem się z kilku firem do innych firemek, w końcu osiadając tu, w NY, ale jakieś dwa lata temu poszedłem po rozum do głowy i stwierdziłem, że pierdolę ten korpo-styl, rzucam to wszystko i zakładam studio tatuażu.
    No, to miałem. Studio, kaszel i brak taniego piwa w zasięgu dziesięciu minut od domu.
    Nie ma co, spierdalam do Kalifornii.
    Dzisiaj, wiedziony doświadczeniem poprzednich dni, darowałem sobie szukanie nowej speluny, kupiłem kilka piw w Walmarcie i rozsiadłem się z kalkami w domu, ale ech, ta cisza, brak gwaru, nie, to nie było dla mnie. Siedziałem właśnie nad projektem dla rudej, znajomej znajomego znajomego, która koniecznie chciała, bym to ja wydziarał jej tego szopa na udzie, a ja zastanawiałem się jakim cudem ktokolwiek chciałby mieć szopa gdziekolwiek, no ale mniejsza. W końcu coś mi się tam uwidziało, coś tam już miałem, kiedy znowu naszedł ten cholerny atak kaszlu i – zaskoczony – szturchnąłem butelkę z piwem i rozlałem połowę na kalki.
    Kurwa! Khe, khe — zakląłem, starając się to jednocześnie posprzątać i uspokoić swoje płuca. Słowo daję, jutro znajdę aptekę i kupię ten, jak mu tam, syrop. Do tego wszystkiego jakiś sąsiad zaczął dobijać się do drzwi, a słysząc jego słowa parsknąłem śmiechem. Kaszląc cały czas, nie wiedziałem co zrobić pierwsze, czy szukać jakiejś ściery, czy próbować ratować kalki, czy otworzyć mu drzwi. — Tak, pomoc. Mam kaszel, dzwoń po 911 — zaszydziłem, kiedy moje płuca się już uspokoiły i szybkim ruchem otworzyłem drzwi, chcąc się pozbyć tego jegomościa, który najwyraźniej nie wiedział, co oznacza prywatność i nachodził mnie w środku nocy. — Słuchaj, stary, jest… — zacząłem mówić podnosząc na niego wzrok i zmilkłem, mrużąc oczy. Skądś go kojarzyłem, ale miałem absolutnie najgorszą pamięć do twarzy i nie mogłem sobie przypomnieć skąd. — Wyglądasz jakoś znajomo… Dziarałem ci coś?
    To był ślepy strzał, ale najpewniejszy, bo – słowo daję – przez moje studio przewijało się tak dużo ludzi, że ciężko mi to wszystko zliczyć.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:11

    Słysząc ten wyraźnie kpiący ton, poczuł się niesamowicie głupio. Zachciało mu się nocnych interwencji u chorego sąsiada. No, ale...ta osoba naprawdę mogła potrzebować pomocy! I koleś nie miał prawa mieć do niego pretensji o to, że się zaniepokoił!
    Ugh.
    Może rzeczywiście przesadził. Gdy słyszał nadchodzące kroki z wnętrza mieszkania, rozważał przez moment ucieczkę. Super, Max, jeden jedyny raz postanowiłeś wyjść z jaskini i zapoznać się z osobą z którą mieszkasz w jednym budynku i oczywiście musiałeś się skompromitować.
    A może zadzwonię, wiesz. Przynajmniej będę mógł w spokoju pracować — mruknął pod nosem i od razu spalił buraka, zorientowawszy się że drzwi są otwarte. Cóż, to ten koleś zaczął z pasywno-agresywnym tonem.
    Spojrzał na twarz swojego sąsiada i...och? Zmrużył oczy, przypatrując się mu uważnie. Nie było wątpliwości, wszędzie by poznał tego drania. Trochę się zmienił, fakt, ale po tych latach byłoby to co najmniej podejrzane gdyby wyglądał tak samo. Niemniej jego twarz wciąż pozostała tak samo cholernie charakterystyczna.
    Aż tak się zmieniłem? — spytał, przewracając oczami, jednak na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek. — Czy masz aż tak kiepską pamięć do twarzy?
    Nie było zapewne nic zaskakującego w tym, jak bardzo był oszołomiony całą zaistniałą sytuacją. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, że przyjdzie mu mieszkać obok swojego współlokatora z czasów studiów. O, przewrotny losie!
    Po zakończeniu studiów kontakt ze znajomymi szybko mu się urwał, zwłaszcza po tym jak przeniósł się z San Francisco do Nowego Jorku. I nie mógł powiedzieć, że bardzo z tego powodu rozpaczał, bo i niezbyt był do kogokolwiek przywiązany. Ot, kolejni ludzie którzy przewinęli się przez jego życie. No, może braku obecności niektórych z nich żałował trochę bardziej. Ian mógłby się zaliczyć do tej kategorii. Czuł się trochę urażony tym, że krótko po przeprowadzce Ian w ogóle przestał się z nim kontaktować, po coraz rzadszych wiadomościach w końcu przestało w jego skrzynce pojawiać się cokolwiek. Właściwie Max też nie był bez winy, w końcu sam mógł się odezwać, ale odebrał to jako sygnał że po prostu Ian nie chciał utrzymywać tego kontaktu.
    Westchnął ciężko.
    Jestem Max — postanowił mu w końcu pomóc. Nie było sensu chować urazy, Ian miał prawo o nim zapomnieć. — Max Stone, pamiętasz teraz? Ehm, sorry że ci przeszkodziłem, ale autentycznie myślałem że się dusisz — mruknął przepraszająco. — To skoro wszystko w porządku, to cię już zostawię, ale weź lepiej idź z tym do lekarza. Sam nie jestem specjalistą, ale w taki sposób możesz się nabawić zapalenia płuc czy innego świństwa — powiedział na odchodne, decydując się nie przedłużać tej niezręcznej chwili, tylko od razu schować się w swoim mieszkaniu.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:13

    Znajomy-nieznajomy mruknął pod nosem coś o pracy w spokoju, ale zignorowałem to pełną gębą, po pierwsze dlatego, że boże, koleś, jeśli przeszkadza ci czyjś kaszel to twój problem, też wolałbym mieszkać bez słuchania tego, jak dzień w dzień, punkt o dziewiętnastej, puszczasz jakieś marne newsy ze świata*, ale trudno, tak to już tu jest, w tej pseudo-komunie, puść sobie muzykę, jak ci coś nie pasuje. Po drugie, byłem zbyt zajęty zastanawianiem się, skąd kojarzę tę słodką mordę, bo jeden luk na jego ciało już wystarczył, bym uświadomił sobie, że gdybym go tatuował to tę bladą skórę porcelanowej lalki zapamiętałbym, o, dokładnie.
    Po jego tekście na twarz wjechał mi wyraz totalnego zdziwienia. O, więc on też mnie kojarzył i, zabawne, chyba poczuł się lekko urażony tym, że go nie pamiętałem. Cień uśmiechu zagościł w kąciku moich warg i musiałem się mocno powstrzymywać, by nie wyszczerzyć się sardonicznie, no ale hej, nie moja wina. Nie dość, że nachodzi mnie po północy to jeszcze zachowuje się jak spłoszona łania, no widziałby kto.
    Jestem Max.
    Dobra, miałem naprawdę parszywą pamięć do twarzy i to nie ograniczało się tylko do znajomych-nieznajomych, po prostu, tak znikąd nigdy nie potrafiłem sobie przypomnieć nawet jak wyglądają moi kumple. Znaczy, no jasne, kojarzyłem, że jeden ma włosy jasne, drugi ciemne, wiedziałem, kto ma tatuaże, a kto piegi, ale cała twarz… no z pamięci to raczej nikogo bym nie narysował, co było z lekka irytujące, choć kiedyś jakaś znajoma zasugerowała mi, że może moja podświadomość nie zwraca uwagi na wygląd zewnętrzny. Trele-morele, takiego wała, w każdym razie, wracając do tematu, niezmiennie zaskakiwało mnie to, jak ludzie, których nie pamiętałem, podawali swoje imiona i myśleli, że to wystarczy. No tak, Max, mało Maksów chodzi ulicami NY, byłoby może trochę lepiej, gdybyś mi powiedział, gdzie się spotkaliśmy, a nie…
    I już miałem to wszystko mówić, te moje głupie myśli o niemalże pierwszej nad ranem, ale koleś rzucił nazwiskiem i nagle, jeb, olśnienie. Nie to, by nazwisko coś zmieniało, ale te jego wydęte w urażonej minie usteczka, sposób, w jaki założył ręce pod boki i to nazwisko… cała ta mieszanka od razu sprawiła, że hej, nagle byłem te siedem czy ile to tam temu było lata wcześniej, w niemalże identycznej sytuacji.
    Parsknąłem śmiechem.
    Kurwa, to był mój współlokator jeszcze z San Fran, ten sam, z którym dzieliłem pokój i z którym wiecznie nie mogłem dojść do porozumienia. Koleś był generalnie w porządku, ale niezmiennie doprowadzaliśmy się nawzajem do irytacji z jednego, prostego powodu: ja nie potrafiłem pracować w ciszy, a jemu przeszkadzały najmniejsze odgłosy, nie wiem, rosnącej trawy. I za każdym, za każdym jednym razem, gdy oburzał się, że jestem za głośno, wydymał usta w ten sam sposób, tak samo zakładał ręce pod boki, a ja musiałem zaciskać pięści i w myślach liczyć do dziesięciu, by zaraz nie znaleźć jakiegoś kamienia i nie zdzielić go nim w ten stone’owaty łeb.
    Boże, naprawdę trafiliśmy na siebie po tylu latach?
    Pokręciłem głową z rozbawieniem.
    Cholera, tak, sorry, cześć, Max — odparłem szybko, śmiejąc się pod nosem z tego absurdalnego zbiegu okoliczności. — Naćpałem się syropkiem na kaszel i mnie na chwilę zaćmiło. — Wywróciłem oczami, wciąż rozbawiony zarówno tym spotkaniem, jak i jego miną. Kto by pomyślał, te iks lat temu mnie irytowała, a teraz tylko bawiła. Zerknąłem nad jego ramieniem na otwarte drzwi do sąsiadującego mieszkania, jakby upewniając się, że nie, to nie żart, serio mieszkamy ściana w ścianę i przygryzłem wargę, pewnie szczerząc się jak debil. — Mieszka… — I nawet chciałem to jakoś skomentować, ale blondyn wszedł mi w słowo, serwując mi jakąś gadkę o lekarzu i pewnie śmiertelnej chorobie, której mogę się nabawić, jak tylko naprawdę nie kupię sobie syropku. I zanim zdążyłem coś powiedzieć, już odwrócił się na pięcie, kapitulując do swojego mieszkania.
    Uniosłem wysoko brwi, totalnie zbaraniały. Nie to byśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, nie to, bym przez te lata choć raz się do niego odezwał (przyznaję, jestem absolutnie najgorszy w utrzymywaniu kontaktu przez Internet; no co mam powiedzieć, nie kręcą mnie te gadki przez fejsa i udawanie, że jeszcze mamy ze sobą coś wspólnego, jakoś tak nie umiem być swobodny, jak nie widzę przed sobą człowieka z krwi i kości, no nie zależy mi), ale Max chyba jeszcze bardziej zdziczał przez te wszystkie lata. Parsknąłem śmiechem, widząc, jak zamyka drzwi i, kręcąc z niedowierzaniem głową, schowałem się w swoim mieszkaniu. Wszedłem do pokoju, gdzie przed chwilą rozlałem piwo, zalewając całą swoją pracę tego wieczoru, ale zamiast ogarniającego mnie wkurwu, który niechybnie by się narodził, wciąż byłem rozbawiony.
    Stałem w ciszy (Spotify chyba skończył swoją playlistę) i usłyszałem kroki Maxa za ścianą, potem jakieś szumy, pewnie przesuwał krzesło i w końcu uderzanie o klawiaturę. Miałem się już roześmiać, kiedy znowu się rozkaszlałem.
    Może to sobie uroiłem, ale wydawało mi się, że ktoś za ścianą westchnął z rezygnacją.
    Koleś, jak przeszkadza ci mój kaszel to znam na to świetne lekarstwo — powiedziałem donośnie, licząc na to, że usłyszy. — Chodź na fajkę.
    I nawet nie czekając na żadną odpowiedź, sam wyszedłem na balkon, wcześniej chwytając nieotwartą butelkę piwa i paczkę papierosów. Odpaliłem jednego i pociągnąłem zdrowego łyka, opierając się o barierki i zerknąłem na balkon mojego sąsiada, zastanawiając się, czy Max w ogóle wystawiał nosa ze swojej jamy.

    *pozwalam sobie trochę wymyślać, jeśli nie pasuje Ci do postaci to skasuję, obiecuję!


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:18

    Nie dał nawet Ianowi szansy się wypowiedzieć, miał w głowie tylko jeden cel: schować się w mieszkaniu i zapomnieć o tej cholernie niezręcznej sytuacji. Co mu w ogóle strzeliło do głowy żeby o tej porze dobijać się do sąsiada, bo ten kaszle? I los, opatrzność, czy inny wszechmogący wymysł zaśmiał mu się w twarz, podstawiając mu jako sąsiada akurat Iana. No słodko w chuj.
    Nawet trochę się ucieszył widząc tę znajomą twarz, niemniej całą tę radość niszczyła świadomość tego, jaki problem Ian miał ze zidentyfikowaniem jego osoby. Ale czy powinien się dziwić? Dzielili ze sobą pokój, fakt. Można było powiedzieć że mimo jakichś mniejszych czy większych niesnasek się trochę kumplowali, także fakt. Ale ostatecznie nie byli ze sobą jakoś bardzo blisko. Na tyle, że Ian o nim najwyraźniej zapomniał. Bywa. Nie on pierwszy i nie on ostatni. Max zresztą sam nie był bez winy, urywając kontakty z większością znajomych ze studiów.
    I...cóż, wyglądało na to że byli sąsiadami. Czy to cokolwiek zmieniało? Czy Max powinien czuć się zobligowany do odnowienia tej znajomości? Czy powinien wreszcie przestać zachowywać się jak dzikus chowający się w swojej jaskini?
    Nah. Przez kilka miesięcy sukcesywnie unikał swojego sąsiada, więc mógł to dalej kontynuować, zapomnieć o tym całym incydencie i żyć sobie po swojemu. To był dobry plan.
    Wrócił do swojego biurka, aby kontynuować pisanie. Coś tam stukał, stukał, ale nic sensownego się nie chciało napisać. Jeny, jego życie było tak ubogie w jakiekolwiek wydarzenia, że nawet taka pierdoła była w stanie kompletnie wybić go z rytmu. Żałosne, Max, żałosne.
    ...a zza ściany Ian znowu zaczął kaszleć. I chuj z nim. Max chciał dobrze, a jak ten nadal chce sobie chorować to droga wolna, o.
    Mimo to ciężko westchnął i oparł się na krześle, odrywając na moment palce od laptopa.
    Zmarszczył brwi gdy zamiast kolejnego ataku kaszlu usłyszał tym razem głos Iana. A ten czego teraz od niego chce?
    Fajka? W taką pogodę? W takim stanie? Chyba kompletnie mu odbiło.
    Mógł zawsze zignorować Iana, udawać że go nie słyszał. Mógł mieć słuchawki w uszach czy coś. Chociaż, fakt faktem ciężko było nie usłyszeć tego darcia się. A przynajmniej Max nie mógłby tego nie usłyszeć ze swoim nadwrażliwym słuchem.
    Westchnął ponownie i energicznie podniósł się z krzesła, chwytając z jego oparcia swoją bluzę którą na siebie nałożył.
    Można by pomyśleć że przez te lata w końcu nabierzesz trochę rozsądku, ale jak widać nie mogłem być bardziej w błędzie — mruknął, patrząc z wyraźną dezaprobatą na swojego sąsiada. Było prawdopodobnie zbyt ciemno żeby w ogóle dostrzec tę dezaprobatę, ale miał nadzieję że była ona chociaż słyszalna. — Wiesz, ostatnio parę przecznic stąd znaleźli ciało faceta w mieszkaniu. Miał z czterdzieści lat, zmarł na zawał serca. Mieszkał zupełnie sam i...cóż, odkryli go dopiero po tygodniu. Jeżeli się udusisz w swoim mieszkaniu to zawiadomię kogoś dopiero wtedy gdy zacznie od ciebie śmierdzieć — powiedział lekkim tonem. Mimo to wciąż czuł się lekko zestresowany. Właśnie dlatego zawsze uciekał od przeprowadzania wywiadów. Po prostu ni cholery nie potrafił pozbyć się swojej niezręczności w kontaktach międzyludzkich. I przez to też szlag trafił jego marzenia o karierze dziennikarza śledczego. Gdyby się wystawił na jakąś prowokację, to można by go rozgryźć w minutę.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:21

    Nie wiedzieć czemu, miałem podejrzanie dobry humor, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przed chwilą spieprzyłem całą swoją wieczorną robotę. Zamiast jednak wkurwiać się na to i pomścić na cały świat, jak to miałem w zwyczaju, wylazłem na balkon i opierając się wygodnie o barierkę, czekałem na tego mojego znajomego/sąsiada/ekswspółlokatora, bo jeśli jedno macie o mnie wiedzieć, to niech to będzie fakt, że nie wierzę w przypadki. Generalnie posiadałem dość szerokie grono znajomych i zwykle poznawanie ludzi przychodziło mi łatwo, ot, co to takiego, zamienić parę słów, wychylić piwo, nigdy więcej się nie widzieć, poza tym codziennie ćwiczyłem pierdolenie o Szopenie w pracy, więc nie wyobrażałem sobie nawet spotkać starego znajomego i nie zamienić z nim nawet dwóch słów. Zwłaszcza, jeśli mieszkaliśmy razem, jak mnie pamięć nie myli, z dwa lata, a teraz był moim sąsiadem, ciekawe zresztą od jakiego czasu.
    Nawet nie zakładałem możliwości tego, że się tu nie pojawi, więc gdy tylko otworzył swoje drzwi, chwyciłem paczkę fajek i wyciągnąłem w jego stronę, proponując papierosa. Słysząc ton jego głosu wywróciłem oczami, niebardzo rozumiejąc, czemu ten koleś mnie nie wkurwia, tylko wciąż bawi, ale dobra, nieważne, carpe diem czy inne yolo.
    Musiałbym mieć kurewsko wielkiego pecha żeby umrzeć na kaszel — stwierdziłem, szczerząc się jak głupi do sera. Cholera, może ten poprzedni papieros to był po prostu skręt i byłem teraz zjarany jak prosię, bo nie ma innego wytłumaczenia na to moje durne zachowanie. — Cholera, ile to lat? Z pięć, sześć? I jakieś trzy tysiące mil, a my znowu skończyliśmy praktycznie w jednym pokoju. — Te ściany były absolutnie kartonowe. — A byłem już pewny, że cię nigdy więcej nie zobaczę.
    Pokręciłem głową, a moje myśli jakoś automatycznie uciekły do naszego pokoju w San Francisco i pierwszym wspomnieniem były nocne rozgrywki Mario Cart. Skurwiel zawsze ze mną wygrywał, nawet jeśli miałby mnie wyprzedzić przed samą metą.
    A ty nawet nie masz piwa — zauważyłem i, udając zniesmaczenie jego zachowaniem, zacmokałem z naganą. — Ech, wszystko muszę ogarniać — westchnąłem jeszcze, niby taki zmęczony. — Potrzymaj — rzuciłem, wciskając mu napoczęte piwo w rękę i zniknąłem na chwilę w mieszkaniu, łapiąc jeszcze nieotwartą butelkę, z którym to problemem zaraz sobie poradziłem. Wyszedłem z powrotem na balkon i zmierzyłem wzrokiem Maxa, zerkając na butelki. — Możemy się zamienić, skoro tak boisz się moich zarazków. Tego nie ruszałem, słowo skauta.
    Nigdy nie byłem skautem, z czego pewnie zdawał sobie sprawę, ale kij w to.
    Jeszcze niedawno, jak wychodziłem na fajkę, mogłem sobie uciąć uroczą pogawędkę z panią Green. Miła staruszka, ale domyślam się, że kopnęła w kalendarz, skoro tu mieszkasz?


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:27

    Zdecydował się poczęstować papierosem od Iana. Swojej paczki nie zwinął, będąc zbytnio skoncentrowanym na tym żeby przemówić swojemu sąsiadowi do rozumu. Capnął także od niego zapalniczkę i odpalił papierosa, zaciągając się tytoniem. I...od razu poczuł odruch wymiotny. Może i odporność miał dobrą, ale jego żołądek był dosyć słaby, a ta fajka smakowała jak gówno.
    Mocne — mruknął, bo skrzywienie w jego twarzy musiało być ewidentne. Sam preferował mentolowe, ale cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, tak?
    Wypuścił chmurę dymu, opierając się na barierce. Nie patrzył w stronę Iana, tylko obserwował widok przed sobą. Jakieś pojedyncze krople wdzierały mu się na twarz i włosy, a powietrze pachniało deszczem i dymem z paskudnych fajek.
    Pewnie podobnie jak ja dawno nie miałeś do czynienia z biologią, ale tak, od kaszlu można umrzeć. Wiesz że z powodu zapalenia płuc umiera nawet parę milionów osób rocznie? Łatwo nabawić się powikłań jeżeli się tego nie leczy. Chorób śmiertelnych których objawem są napady kaszlu jest sporo. Więc nie musisz mieć pecha, wystarczy po prostu olać sprawę — wzruszył ramionami. No, już ustalił że nie będzie się tym przejmować. Jego zdrowie, jego sprawa. Czuł się tylko w obowiązku poinformować go o ryzyku na jakie się wystawia, co z tym zrobi to już leży w rękach Iana. Zwłaszcza, że miał w kolejce do napisania artykuł o chorobach sezonowych. Coroczna tradycja, bo z jakiegoś powodu na tego typu artykuły wciąż był popyt.
    Będzie już pięć — powiedział już łagodniej. Cholera, ten czas minął szybko. To była przygnębiająca świadomość, bo Max mimo to czuł że stoi w miejscu. Będąc coraz bliżej trzydziestki powinien mieć już w miarę ogarnięte życie, a jednak...wciąż czuł się zagubiony. Robił swoje, było mu wygodnie w swojej rutynie, ale, ale nie do końca wiedział czy był jakikolwiek sens w prowadzeniu w taki sposób całego życia. — Ja też — przyznał. — To na pewno...wyjątkowy zbieg okoliczności. Ale nie ma co się nad tym rozwodzić — stwierdził. Jakkolwiek cała ta sytuacja abstrakcyjnie by nie wyglądała, to jednak wciąż był tylko przypadek. Nie wierzył w to całe gadanie o przeznaczeniu. A nawet jeżeli istnieje, to niektórzy znacząco przeceniają jego rolę. Okej, los ich pewnie postawił w ich sytuacji, ale czy to koniecznie musiało ze sobą wiązać jakieś konkretne konsekwencje? Ano nie. Równie dobrze mogliby po prostu dalej się ignorować, i zachowywać się tak jak wcześniej i to przeznaczenie straciłoby swój wpływ.
    Spojrzał zdezorientowany na piwo, które Ian wcisnął mu w rękę. Ale zanim zdołał zaprotestować ten mu gdzieś zniknął.
    Nie no, spoko, wierzę ci — ...powiedzmy — ale i tak podziękuję. Mam rano pracę i...no — urwał niezręcznie. To w sumie brzmiało głupio, żeby odmawiać jednego piwa z tego powodu, ale prawda była taka, że po tej fajce bał się że wypicie tego piwa skończyłoby się potężnym bełtem przez barierkę.
    Pani Green? Poprzednia lokatorka, tak? Nie wiem co się stało z osobą, która mieszkała tutaj wcześniej. Nawet się o to nie dopytywałem...czynsz jest spoko, a poza tym mam blisko do pracy, to jest najważniejsze — przyznał, gasząc w końcu tego nieszczęsnego peta.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:27

    Nie lubiłem półśrodków. Mentolowych fajek, piwa z sokiem, whisky z colą, seksu z gumą, pizzy bez sera. To było moje być albo nie być, Szekspir mógł się iść jebać z istnieniem, bo stałem w miejscu, ale cała reszta była mocno względna. Słaba kawa, lura, którą pijałem w pierwszej pracy, jaką załapałem po studiach, do dziś prześladowała mnie w snach i wtedy, dwudziestodwuletni młokos, obiecałem sobie, że jeśli coś robić to tylko na sto procent.
    Może dlatego nie chodziłem do lekarza. Stać byłoby mnie pewnie na jakieś pół wizyty.
    No dobra, dobra, doktorze House, już załapałem. Z rana lecę kupić syropek, przyniosę ci w zębach rachunek. — Wywróciłem oczami, śmiejąc się pod nosem i, jak na zawołanie, znowu się rozkaszlałem. Dym, którym akurat się zaciągnąłem, wpadł pewnie nie w tę dziurkę co trzeba i pewnie brzmiałem jak niezły gruźlik, zresztą, chyba zaczynałem czuć się już podobnie. Uspokoiłem się po dłuższej chwili i zrazu zgasiłem fajkę, jakoś momentalnie straciłem na nią ochotę.
    Wcisnąłem niedopałek do jednej z pięciu butelek, które stały na kafelkach, wszystkie po brzegi wypełnione dowodami mojego uzależnienia. Chyba muszę w końcu wynieść śmieci.
    Wróciłem spojrzeniem do Maxa i teraz, już nieco spokojniej, gdy wzrok przyzwyczaił się mi nieco do panującej na zewnątrz ciemności, zlustrowałem go uważnie od góry do dołu. Jak nad tym pomyśleć, wcale nie zmienił się tak bardzo; wciąż szczupły jak cholera, z tymi samymi blond włosami i pedalską grzywką, nie widziałem dokładnie przez jego ciuchy, ale pewnie cały czas bez śladu żadnego umięśnienia. Gnojek chyba jeszcze się skurczył, bo wydawał mi się jeszcze niższy, niż ostatnio, a ta jego gładka buźka wyglądała jak pupcia niemowlęcia.
    Westchnąłem, niezawstydzony, gdy przyłapał mnie na tym lustrowaniu i napiłem się piwa.
    Ja tam nie wierzę w zbiegi okoliczności — powiedziałem. I naprawdę nie wierzyłem, kurwa, miałem całą długą teorię na temat prawa przyciągania, ale te psycho-bajery-szmery to były moje zjarane rozkminy i pieprzenie o tym zwykle odstraszało ludzi, więc nie zamierzałem ciągnąć gadki. Za to załapałem niezłe zdziwko, kiedy Max odmówił piwa i, odkaszlnąwszy w bok, spojrzałem na niego spod byka. — Słuchaj, jak ostatnio przeglądałem Księgę Savoir-Vivre’u to pisali w niej, że niewypicie piwa ze swoim ekswspółlokatorem po tym, jak nie widziało się go pięć lat to duży nietakt — mówiłem, jednocześnie prowadząc skomplikowaną operację wymiany butelek. — Wiesz, mi to generalnie rybka, ale może ty nie chcesz być nietaktowny, co? — rzuciłem, przejmując z powrotem do ręki swoje piwo i chwyciłem szyjkę, ciągnąc z dwa łyki. Przeciągnąłem się, rozprostowując kości i usiadłem na barierce, plecami do widoku, który miałem przed oczami każdego poranka. — Uważaj, może zaczną nawiedzać cię jej duchy — rzuciłem, puszczając mu oczko. — To co z tą pracą? Ty studiowałeś — zamilkłem na chwilę, pstrykając palcami, jakby to miało mi pomóc przypomnieć sobie ten fakt — dziennikarstwo, nie? Zostałeś dziennikarzem? Jest zajebiście i wszystko wygląda tak, jak tego się spodziewałeś?
    W moim głosie nietrudno było doszukać się nuty ironii, bo skoro już te pięć lat temu nasze wyobrażenia mogły roztrzaskiwać się tyłkami na różnych stażach, cóż, rzeczywistość jeszcze bardziej tyrała te nasze wyidealizowane wizje. Widziałem to sam po sobie czy po gronie moich aktualnych znajomych, szczerze, nie spodziewałem się, by ktokolwiek posiadał inne doświadczenia.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:33

    Nie zamierzam cię wcale z tego rozliczać, rób jak chcesz — odparł nonszalancko. Aczkolwiek miło mu było, że Ian wziął jego słowa pod uwagę, chociaż...mógł go po prostu zwyczajnie zbyć. — Ale najlepszy syropek ci nie pomoże, jeżeli nadal będziesz wciągał do płuc to zimne powietrze i do tego jeszcze pił zimne piwo — dodał, nie mogąc się powstrzymać. Skrzywił się, kiedy spłynęła na niego świadomość że zachowywał się jak nadopiekuńcza matka. Dlatego zdusił kolejny komentarz, który nasunął mu się po usłyszeniu kolejnego napadu kaszlu. Nie twoja sprawa, Max.
    Kiedy stali przez chwilę w ciszy czuł na sobie spojrzenie Iana. Czuł się równie skrępowany, co podirytowany. Nie lubił gdy ktoś się na niego gapił. Wpędzało go to w wyraźny dyskomfort i poczucie niepewności. Najgorsze jest to, że wiedział że Ian go ocenia, to była w miarę oczywista intencja takiego zachowania, ale nie wiedział jak go ocenił.
    Odchrząknął w końcu, dając Ianowi sygnał żeby przerwał swoje wpatrywanie się. A także dlatego że za mocno zaciągnął się papierosem i podrażniło mu gardło.
    W takim razie co jest w tej całej sytuacji nieprzypadkowego i celowego? — spytał, raczej z zainteresowaniem niż kpiąco. — Fakt, prawdopodobieństwo wystąpienia takiej sytuacji z pewnością jest niskie, ale ostatecznie nie jest to wcale niemożliwa sytuacja. A raczej żaden z nas nie postanowił śledzić drugiego, żeby specjalnie zamieszkać obok, więc...no, to przypadek — wzruszył ramionami.
    Mógł się spodziewać, że Ian i tak będzie mu dalej wciskał piwo. Jak już zostało wcześniej wspomniane, Max był osobą z żałosnym poziomem asertywności. Poza tym, to nie tak że była to jakaś rzecz godna wykłócania się i stawiania na swoim. Ostatecznie mógł pić powoli i małymi łyczkami, a po powrocie do mieszkania iść się wyrzygać w swojej toalecie. Mieszkanie było na tyle małe, że nie miał wcale daleko.
    Cóż, w takim razie mój egzemplarz tej księgi jest jakiś wybrakowany — stwierdził, przyjmując finalnie to nieszczęsne piwo. Wziął ostrożnie pierwszy łyk. Było zimne (woah, zaskoczenie) i gorzkie. I głównie z tego ostatniego powodu średnio przepadał za piwem. Pomimo swojego, cóż, dosyć gorzkiego podejścia do życia, lubił słodkie smaki. Miał słabość do słodyczy, słodkich napojów i fajek z mentolem niwelującym nieco ich gorzki smak. — Hm, może nawet już mnie nawiedziła. Wczoraj słyszałem w mojej sypialni takie dziwne szuranie... — albo po prostu jego wrażliwość sensoryczna robiła sobie z niego jaja. Bardzo prawdopodobne i nie był to jedyny taki incydent. Raz nawet obawiał się że jest to objaw schizofrenii, gdy usłyszał coś, czego usłyszeć zdecydowanie nie powinien, a tak naprawdę po prostu jego mózg inaczej odebrał pewne dźwięki.
    Miło mi że wciąż pamiętasz — powiedział, wciąż lekko urażony tym że Ian go z początku nie poznał. — Tia, jest nawet lepiej niż sobie wyobrażałem. Pracuję w ogromnej redakcji poczytnego tygodnika z nakładem liczonym w milionach, dostaję same najlepsze sprawy i nigdy się nie nudzę w swojej pracy — mruknął z wyraźnym sarkazmem w głosie. — Jestem dziennikarzem w gównianym portalu internetowym, piszę jakieś artykuliki głównie o stylu życia i dorabiam sobie jako copywriter. Nie jest żle — i naprawdę nie było źle. Okej, nie była to jego praca marzeń, ale z drugiej strony mało kto kiedykolwiek spełnia swoje zawodowe marzenia. A dopóki mógł zawodowo pisać i się z tego utrzymywał, to było w porządku. — A ty nadal zajmujesz się grafiką? — spytał ze szczerym zainteresowaniem, zupełnie zapominając o tym że miał jeszcze do skończenia dwa artykuły do rana.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:33

    No weź, moja mama mieszka w Brisbane, nie będę dymał aż tam — zironizowałem, bo koleś naprawdę zaczynał zachowywać się jak moja matka. — Dobra, załapałem aluzję. Kupię też herbatę, skoro aż tak wkurwia cię ten hałas. — Wywróciłem oczami. Szczerze wątpiłem, bym miał w domu herbatę, ale coś podpowiadało mi, że to piło się, gdy było się chorym.
    Nie to żebym ja był chory. Co to, to nie. Po prostu, trochę boli mnie gardło i oczy, ale bez przesady, nie będę się nad sobą użalał jak jakaś baba.
    Skurczybyk był spostrzegawczy, w końcu nie wgapiałem się w niego aż tak długo, ot, kilka zerknięć oka, żeby sobie zobaczyć, jak tam wygląda ten mój eskwspółlokator/sąsiad, skoro już tak się obruszył, że go nie poznałem. Powinien być wdzięczny, wyraźnie zadbałem o to, by teraz nie pomylić go z nikim na klatce schodowej, a ten znowu wydyma te swoje usteczka, chyba weszło mu to w krew. Poruszyłem się niespokojnie, drapiąc po karku i znów wywróciłem oczami, dając znać Maxowi, by się tak nie spinał, w końcu mieszkaliśmy w jednym pokoju przez dwa lata, co miałem się napatrzeć to już zdążyłem.
    Sradek — podsumowałem, uderzając palcami o szyjkę butelki. — Nie no, spoko, nie będę ci tu sadził wykładu, ale no, stary. Ile razy tak miałeś, że myślałeś o kimś i, nie wiem, ten ktoś do ciebie zadzwonił albo wpadłeś na niego na ulicy? To nie przypadek, to tak działa — rzuciłem beznamiętnie, pewien, że mnie albo wyśmieje, albo całkowicie zignoruje. — Wiesz, że jak o czymś mocno myślisz, jak się na to nastawiasz, to to przyciągasz.
    Kurwa, teraz, wypowiedziane na głos, zabrzmiało naprawdę, naprawdę idiotycznie. Aż sam spojrzałbym się na siebie z politowaniem. Pewnie dlatego zaraz dodałem:
    Więc wiesz. Pewnie intensywnie o tobie myślałem i cię tu przyciągnąłem. — To była ironia i nie trzeba było być geniuszem, by na to wpaść, skoro jeszcze dziesięć minut temu nie pamiętałem o istnieniu typa.
    Nie to, że wyobrażałem sobie, że Max o mnie myślał, ale coś musiało być na rzeczy, bo sprawy takie nie działy się przypadkiem.
    Wpadnij kiedyś do mnie, dam ci swoją do skserowania — rzuciłem bezmyślnie, całkowicie podświadomie wyciągając z paczki kolejnego papierosa. Dopiero kiedy go odpaliłem, swoją drogą na totalnym automacie, i znów się rozkaszlałem, zorientowałem się, że to nie był najlepszy pomysł. — Więc to albo ona, albo sąsiad z góry. Nie wiem, co gorsze. Lepiej spytaj swojego chłopaka, czy też to słyszy, jak to duch to pewnie nawiedza tylko ciebie. — Mój ton był bez mała poważny, a spojrzenie rozbawione, choć nie wiem, czy dostrzegł to w tym półmroku. W moim salonie świeciło się ostre światło, ale może łuna nie była wystarczająca.
    Pociągnąłem łyk piwa i wywróciłem oczami, słysząc ten kolejny wyrzut.
    No już, sorry, ale weź. Nowy Jork, pięć lat później, koleś dobija się do mnie o pierwszej w nocy? Sam przyznaj, że nie byłbym twoim pierwszym strzałem. — Max nie byłby moim ani drugim, ani trzecim, ale hej, przypomniałem sobie całkiem szybko, więc nie wiem, o co kręcił aferę. Zrobił się coś obrażalski, kto by pomyślał? — W portalu internetowym… — powtórzyłem, kiwając głową i starając się sobie przypomnieć, co było jego jakimś tam celem, czy generalnie w którą stronę dziennikarstwa chciał skręcić. Zmrużyłem oczy, odkaszląłem dwa razy (specjalnie, ma się rozumieć) i pociągnąłem łyk piwa, intensywnie myśląc. — A ty nie chciałeś robić coś… z jakimiś detektywami? Coś jak ci z tego filmu, Spotlight? A, no tak, pewnie, że tak! Miałeś świra na punkcie Sherlocka Holmesa! — Aż pstryknąłem palcami i zaśmiałem się, przypominając sobie ten fakt. Ha, i co? Wcale nie miałem takiej najgorszej pamięci. — O nie, Sherlocku, teraz nie ma tak łatwo. Dajesz, pochwal się swoimi umiejętnościami.
    Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, czy istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, by Max odgadł, czym się zajmowałem. Pięć lat temu pracowałem nad projektem kończącym moje studia z grafiki, a teraz, co? Ech, mnie nie było w ogóle żal, ale pewnie wiele osób miało mnie za kompletnego idiotę.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:35

    Słodko — uśmiechnął się półgębkiem. Nie to, żeby to w ogóle wystarczyło, ale niech mu będzie. Już zamierzał skończyć z tą historią z kaszlem, bo skoro miał do czynienia z Ianem...to i tak było mało prawdopodobne żeby postawił na swoim. Najwyżej będzie częściej siedzieć w redakcji, chociaż średnio mu się to widziało. Mógł się też ewakuować do biblioteki albo do innego spokojnego miejsca. A Ian niech sobie zdycha na zapalenie płuc, droga wolna. Max wcale nie będzie tęsknić tak czy siak.
    Z postawy Iana mógł wyczytać coś, co było mu znajome i było nadal mocno powiązane z jego postacią – ta cholerna niezależność, swoboda, lekkie podejście do życia. W pewien sposób mu tego zazdrościł. Sam doszedł do swojej własnej niezależności, w końcu żyje sobie sam za swoje i nie musi nikogo prosić o jakąkolwiek pomysł, ale mimo to...wcale nie czuł się wolny.
    I tak naprawdę nie mógł mieć pewności czy zachowanie Iana to nie była tylko fasada, ale...obserwowanie tego budziło w Maxie coś, co stale próbował wypierać ze swojej głowy. Ciągle próbował siebie przekonać, że jest zadowolony ze swojego życia, ale podświadomie miał co do tego poważne wątpliwości. Czasami miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zacząć od nowa, ale wiedział że było to niemożliwe.
    Kiedy usłyszał gadanie Iana o przyciąganiu i tych innych pierdołach, nie mógł powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem.
    Chodzi ci o wizualizację? Przyznam, że mnie zaskoczyłeś. Nie spodziewałbym się że zainteresujesz się badziewnym coachingiem. Czyli jeżeli mocno zwizualizuję sobie podwyżkę, to jutro dostanę radosny telefon od szefa? — zakpił. — I nie sądzę żebym kiedykolwiek miał taką sytuację — a nawet jeżeli miał, to nie widział w niej żadnych nadnaturalnych okoliczności, stąd nic takiego mu nawet nie przychodziło do głowy. — Ale może ty masz jakieś magiczne moce o których ja nie wiem. I pochlebia mi to że wykorzystałeś je na to żeby mnie tutaj przyciągnąć — powiedział równie ironicznie.
    Rzucił mu pobłażliwe spojrzenie gdy widział jego kolejne zmagania z kaszlem. Nie skomentuję. Musiał trzymać siebie w ryzach, żeby nie powiedzieć mu „a nie mówiłem że palenie to teraz kiepski pomysł?”.
    Huh? Mojego chłopaka? — spytał zdezorientowany, a chwilę później go oświeciło. No tak, skąd mógł wiedzieć. — Ach, zerwałem z Jaredem — rzucił beznamiętnie. Miał sporo czasu na pogodzenie się z tym rozstaniem, mimo iż do najprzyjemniejszych nie należało i...no cóż, wciąż pozostał pewien sentyment. To nie był krótki związek. I zdecydowanie jego pierwszy poważniejszy. — Więc muszę polegać tylko na swojej ocenie.
    No okej, Ian miał nawet rację w tych swoich tłumaczeniach, ale i tak Max nie mógł całkowicie pozbyć się urazy. Ta sytuacja boleśnie mu uświadamiała jak mało znaczył dla swoich dawnych znajomych, skoro nawet jego dwuletni współlokator go nie poznał. Cóż, pewnie dramatyzował, ale to nie tak że mógł przeprogramować swoje uczucia. Jednak humor mu się trochę poprawił po tym, jak Ian zaskoczył go, przywołując jego plany z czasów studiów.
    No, nie wyszło — mruknął. I nie zamierzał ciągnąć tego tematu i tłumaczyć dlaczego nie wyszło. Nie wyszło i tyle, koniec tematu.
    Przewrócił oczami. Nie była to odpowiednia pora na wymuszanie na nim rozrywek umysłowych. Ale cóż, mógł podjąć to wyzwanie. Wypił łyk tego cholernie gorzkiego piwa, zastanawiając się chwilę.
    Wynika z tego że pewnie skręciłeś w jakąś inną ścieżkę niż grafika koniec końców — powiedział w końcu. — Bo mówisz o tym tak, jakbym miał spodziewać się zaskoczenia. Jednak nie pasuje mi do ciebie praca pod krawatem, bez urazy. Coś związanego z muzyką? — spróbował z pierwszym lepszym pomysłem. Był to sensowny pomysł, w końcu nie sądził żeby Ian całkowicie wyzbył się swojego zacięcia artystycznego.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:43

    Z niemą ulgą przyjąłem koniec męczenia w kółko tego jednego tematu, słowo daję, to było już całkiem nudne. Znaczy, wiadomo, co się nakaszlałem to moje, ale patrzcie państwo, kogo tu z tej okazji przywiało. Nie to by któryś z nas specjalnie tęsknił za tym drugim, wylewał łzy czy śpiewał inne serenady, ale miło jest czasami spotkać kogoś, kto nie wkurwiał cię na każdym kroku.
    No chyba, że chodzi o kłótnie w temacie cisza/hałas, ale to inna para kaloszy.
    Koleś, który stał na balkonie obok (swoją drogą, niech sobie siądzie, bo jeszcze te szczudła mu nie wytrzymają i zaraz padnie z wycieńczenia) był wyraźnie spięty i sadził się za swoją zasłoną z niespokojnych żartów i innych spojrzeń, ale nie byłem głupi, miałem oczy, widziałem. Niezbyt wiedziałem, z czego wynikał ten cały jego dyskomfort, może cała sytuacja wydawała się mu mocno krępująca, ale hej, serio dawno nie widziałem kolesia i byłem po prostu ciekawy. Sam nie wiedziałem czego, ale to było mało istotne, tak długo jak w życiu wyznawałem zasadę, aby ufać swojej intuicji i spełniać swoje własne życzenia. A teraz, czułem po prostu ochotę wypicia z nim piwa i popierdolenia chwilę o głupotach, miła rozrywka w ten nieco późny wieczór.
    A co mi szkodzi go trochę rozbawić, żeby się nieco wyluzował?
    Ech, dobra, to rzeczywiście brzmi jak pierdolenie — wywiesiłem białą flagę, kapitulując totalnie, bo, prawda, pierwsza w nocy to nie najlepszy moment na udowadnianie swoich racji w tym temacie. Zwłaszcza, że tu nie było żadnych racji czy prawd, a kwestia tego, w co tam kto chciał sobie myśleć. Mnie zaś całkowicie mierziła myśl, że moim życiem miałby kierować przypadek, już sam miałem go w sobie za wiele, by akceptować go w stu procentach. — Nie ma za co. Jak mówiłeś, czynsz jest niski, możesz mi kiedyś postawić obiad w ramach podziękowania.
    Obstawiam, że nie jadł mięsa. Najpierw wege, potem homo, chociaż w jego przypadku to pewnie na odwrót.
    Zakrztusiłem się i, przytrzymując się barierki, coby nie wywinąć orła, cisnąłem fajkę w dół. Po dwóch sekundach rozwagi, paczką wcelowałem do salonu (kurwa, nie zamknąłem drzwi, zamarznę, jak tam wrócę), nie będzie mnie chociaż kusiła.
    Słysząc o tym zerwaniu uniosłem brew i rzuciłem Maxowi zdziwione, uważne spojrzenie, do którego dopiero po chwili dołączył cwaniacki uśmiech. Kilka lat temu zapierał się, że to to, związek na całe życie, a teraz, proszę bardzo, takiego wała. Co prawda nie wydawał się tym szczególnie przejęty, ale i tak, nie wiedzieć czemu, poczułem w środku jakąś drobną, chorą satysfakcję. Niby nie powinienem cieszyć się nieszczęściem bliskich, ale, po pierwsze, Max wciąż był mi mocno daleki, po drugie – sam specjalnie nie cierpiał, przynajmniej nie teraz.
    Pudło — oznajmiłem, upijając piwa i kręcąc głową. Pomysł mnie i muzyki wydał się mi bardzo zabawny, choć nie potrafiłem określić dlaczego. — Sherlock uważnie obserwował swoje ofiary, dam ci małą podpowiedź — stwierdziłem, ostrożnie odstawiając piwo na barierkę obok mnie i podwinąłem na chwilę koszulkę, pokazując kawałek tatuażu, który miałem na boku.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:53

    Brzmi bardzo jak pierdolenie, ale jest środek nocy, więc wybaczam ci ten coachingowy incydent — zaśmiał się lekko. Nie podobała mu się zupełnie ta wizja przyciągania, ingerencji przeznaczenia i tak dalej. Obawiał się własnych marzeń, sam nie był pewien czego chce...wolał po prostu przystosować się do tego, co dawała mu rzeczywistość i zadomowić się w tej rzeczywistości możliwie jak najwygodniej.
    Dlatego i tę sytuację wygodnie było zrzucić na karb przypadku. Bo to pozbawiało ten incydent jakiegokolwiek głębszego znaczenia, przez to także zobowiązań i przymusu, żeby coś z tym dalej zrobić. I okej, ostatecznie musiał przyznać że miło mu się spędzało czas z Ianem, rozmowa stawała się coraz bardziej swobodna, ale...nie oznaczało to że następnego dnia nie mogą wrócić do poprzedniego porządku.
    Yhm, pewnie. Odezwij się do mojego agenta, na pewno znajdzie dla ciebie czas w moim grafiku — mruknął. Wziął kolejnego łyka piwa. Wciąż miał ponad połowę butelki, a w mieszkaniu czekała na niego robota, która coraz bardziej go ponaglała. Spojrzał na Iana prawie z zaniepokojeniem kiedy ten zaczął się krztusić, ale postanowił już nie okazywać w ogóle jakichkolwiek oznak tego że miałby się o niego w jakikolwiek sposób niepokoić.
    I czego się szczerzysz? — niemalże fuknął na niego. No bo, hej, może i Max się już pogodził z zerwaniem ze swoim facetem ze studiów, ale do diaska, taka reakcja jaką zaprezentował Ian była co najmniej nietaktowna. Ian prawdopodobnie miał jakieś pojęcie o tym jak zależało mu na Jaredzie...jak zresztą chyba wszyscy jego znajomi z tamtego okresu. To nie tak, że Max był w jakikolwiek sposób subtelny. Ten związek był dla niego ważny. Pierwszy raz czuł się aż tak zaangażowany w jakąkolwiek relację.
    Był ciutkę rozczarowany tym, że pomylił się w odgadnięciu ścieżki zawodowej swojego byłego współlokatora, ale na pewno nie zdziwiony. W końcu praktycznie strzelał, nie miał bladego pojęcia co się wydarzyło w życiu Iana w ciągu ostatnich lat. Zatrzymał się na momencie skończenie studiów graficznych.
    Na cholerę on podnosi tę koszulkę...aaaaa, zorientował się w końcu, gdy jego wzrok padł na skrawek tatuażu na ciele Iana. Wprawdzie nie była to całość wzoru, ale wyglądał dosyć estetycznie. Max w ogóle lubił tatuaże, chociaż sam jeszcze się nie zdecydował na taką formę ozdobienia swojego ciała. Może kiedyś, jak powtarzał sobie od dziesięciu lat.
    Czyli zajmujesz się tatuażem — stwierdził, chociaż po tej poszlace było to już właściwie oczywiste. — Fajnie — dodał. Mogło to zabrzmieć mało entuzjastycznie, ale Max był jak najbardziej szczery. Sam ni cholery nie potrafił rysować i gdyby dać mu do rąk maszynkę to pewnie zrobiłby komuś na skórze jedną wielką katastrofę, ale w swoich wyobrażeniach widział ten fach jako zdecydowanie interesujący. I w sumie pasowało to do Iana.
    Rzucił na niego szybkie spojrzenie.
    Tak, bardzo pasowało.
    Długo już tu siedzisz? To jest, w NY? — zapytał, czując o dziwo jakąś chęć podtrzymania rozmowy. Chociaż naprawdę powinien już się zbierać. Zerknął na piwo w swoich rękach i tym razem wziął całkiem spory łyk gorzkiego napoju. Już minęły mu mdłości po papierosie, więc chyba powinien być bezpieczny. Ale zamiast tego czuł się trochę...hm, wstawiony to zdecydowanie za duże słowo, ale na pewno nie trzeźwy. No cóż...piwo było ewidentnie całkiem mocne, a Max miał trochę przerwy od alkoholu, więc nic dziwnego że i tolerancja mu spadła.
    Odstawił butelkę na podłogę i oparł się obiema rękoma na barierce, kładąc na nich głowę. Z kropelek-intruzek, które mu okazyjnie skapywały na głowę zrobiła się w pewnym momencie lekka chmara i jego włosy były praktycznie w całości mokre. Zupełnie mu to jednak nie przeszkadzało.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 15:55

    Nie wierzyłem ani w przypadek, ani w przeznaczenie, to było właśnie to, chora myśl, że ktokolwiek ponad mną samym miał jakąkolwiek władzę nad moim życiem. Wolałem myśleć, że sam mogę wszystko, przenosić góry albo szczeznąć w ciupie, zależnie od tego, gdzie pójdę, co zrobię, na kogo wpadnę, co pomyślę, po co sięgnę, a co oleję ciepłym strumieniem moczu. Nie chciałem żadnej wyższej siły, nie chciałem żadnego losu zapisanego z góry, bo kurwa, co ciekawego mogło być w życiu, które miałbym jedynie odgrywać? Może na świecie byli wspaniali aktorzy, którym wystarczało cieszyć się ze swojego performensu, ale ja nie należałem do ich grona, mnie nie wystarczały oklaski i świadomość tego, że byłem dobry w tej roli. Ja jej nie chciałem, w ogóle, tej sceny, o którą ktoś mnie posądzał, o którą ktoś zabiegał, przeraźliwie wręcz bałem się spełniania jakichkolwiek oczekiwań i z chorą satysfakcją niszczyłem wszelkie wyobrażenia.
    Pamiętam to jak dziś, pierwszą noc, pierwszy raz, gdy chciałem zagrać na nosie tym, którzy wiedzieli lepiej. Byliśmy wtedy w jakimś klubie, ja i moich trzech niewydarzonych kumpli z deski, dziewczyny były ładne i pijane, a ja zmęczony na samą myśl o tym, gdy kolejny raz któraś będzie sadziła pomiędzy westchnięciami teksty o tym, jak bardzo chce czuć się moja, och, jak dobrze, kurwa, mocniej, błagam, wszystkie takie same, tak samo wyuzdane i chętne na jedną noc pełną wrażeń. Chłopaki już obstawiali, którą z nich dziś uciszę, wpychając fiuta do ust, a ja poczułem absurdalną irytację na myśl o tym, że ten wieczór miał mieć już gotowy scenariusz i, początkowo chyba tylko na złość, znalazłem sobie mordę tak słodką, jak żadna z tych napalonych ciź. Potem byłem już zdrowo ciekawski i jeszcze bardziej napalony, widząc zaskoczenie na twarzach moich kumpli, gdy wpychałem język w usta tego drobnego blondyna, ale hej, nikt mi nie będzie mówił, jak mam żyć.
    Max, jak się przyjrzeć, całkiem przypominał tę słodką istotkę, z którą wtedy spędziłem weekend pełny eksperymentów, choć zdecydowanie miał bardziej niewyparzony język.
    Nie ma takiej potrzeby, po prostu zawołam cię, jak zrobię się głodny — rzuciłem, wzruszając ramionami. To raczej nie pokrywało się z prawdą, skoro dni spędzałem w studiu, dopiero po zamknięciu ciupy zwalając się do domu, gdzie zresztą też nie przebywałem za długo. Nie lubiłem za długo gnić bezczynnie, wolałem skoczyć gdzieś na deskę z kumplami czy, po prostu, spotkać się z ludźmi, a gdy czułem ochotę trochę popracować, schodziłem na dół do Tawerny. To chyba miało się teraz nieco zmienić, skoro jeszcze nie znalazłem jej odpowiednika, ale nie wyprzedzajmy faktów.
    Na to fuknięcie Maxa tylko uśmiechnąłem się szerzej, rozkładając ręce, niby w takim geście bezradności i pokręciłem z rozbawieniem głową.
    Ja? Nie, nic — zapewniłem obłudnie, wciąż szczerząc zęby. — Po prostu mogłem się domyślić, że skoro wylądowałeś tutaj, a nie za siedmioma górami i lasami, to twoja księżniczka musiała gdzieś spierdolić — nabijałem się jeszcze, bardziej z tego, jak się obruszył, niż z całej tej historii, która, umówmy się, nie mogła mieć innego końca. Absolutnie nie wierzyłem w studencką miłość na wieki, generalnie, w miłość na dłużej niż kilka tygodni, no, może miesięcy, bo skoro żarcie miało swój termin przydatności, to i wszystkie jęki i westchnienia miały się kiedyś znudzić. Byłem mocnym hedonistą i nie wykluczałem możliwości zachłyśnięcia się chwilą, tak jak głodny rzucałem się na żarcie, tak samo mogłem zapomnieć się i trwać w tych słodkich przyjemnościach, jednak z tyłu głowy zawsze gdzieś istniało przekonanie, że najedzony, nie będę już mógł więcej patrzeć na swój posiłek.
    Jeśli kiedyś coś mnie pierdolnie i pomyślę inaczej, o, to będzie znaczyło, że naprawdę jestem chory.
    Tatuaż na moim boku był dziarą, której nie wykonałem na sobie sam, hej, taki giętki to aż nie jestem, ale to dzieło jednego z moich kumpli, dzięki którym wkręciłem się w ten cały świat. Już na studiach zrobiłem sobie pierwsze dziary, a że było to mocno uzależniające, teraz miałem ich na sobie dużo, dużo więcej, chyba sam nie potrafiłem zliczyć ile, ale spod bluzy i długich spodni, które miałem na sobie, żadnego nie było widać, więc skąd Max miał wiedzieć? Zerknąłem na niego jeszcze raz, zastanawiając się, gdzie on mógłby mieć jakąś dziarę i obstawiałem dwa miejsca: kark i biodro, nie, może jednak pachwina. Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, jak to mogłoby wyglądać i co ten koleś mógłby sobie wydziarać w takim miejscu. W tej chwili nawet coś tak kliszowatego jak jakaś gwiazdka nie wydawało mi się ani trochę chybione, bardziej ekscytujące, gdy wyobraziłem sobie moment odkrywania wszystkich pięciu ramion i śledzenia czarnych linii palcem, językiem…
    Zakaszlałem, nieco tracąc równowagę na barierce i złapałem się mocniej, absolutnie zaskoczony kierunkiem, w którym podążyły moje myśli. Parsknąłem śmiechem pod nosem, odzyskując rezon i napiłem się piwa.
    Masz jakąś dziarę? — spytałem luźno i rozejrzałem się za swoją paczką papierosów, dopiero po chwili orientując się, że przecież cisnąłem ją do pokoju, właśnie po to, by w sytuacji takiej jak ta, nie sięgnąć automatycznie po fajkę. Nie ma co, byłem uzależniony jak sto diabłów i, na domiar złego, nie wiedziałem, co począć z rękoma, zabębniłem więc opuszkami palców w butelkę. Kurwa, Monaghan, jak nie jesteś w stanie wytrzymać bez fajki pięciu minut to już z tobą naprawdę źle. — Będzie z trzy lata — odparłem na jego pytanie po chwili zastanowienia. — Przyjechałem tu, bo znalazłem spoko pracę, znaczy, tak mi się wtedy wydawało. Ale wytrzymałem tam pięć miesięcy, kiedy stwierdziłem, że mam tego dość i zrobiłem sobie wakacje od życia. Wiesz, jeździłem meleksem, układałem kostkę brukową, bawiłem się w Uber Eats i tego typu bzdury. Kurwa, stary, nawet nie wiesz, za jakie pokręcone rzeczy ludzie chcą ci płacić — zaśmiałem się na samo wspomnienie. — Kiedyś byłem kolesiem, który chodził na pogrzeby i robił tam sztuczny tłok, dasz wiarę? Siedemdziesiąt dolców za dwie godziny stania i patrzenia się w ziemię. Pisałem też wróżby do tych japońskich ciasteczek i żułem gumę za kasę, żeby potem ludzie mogli ocenić, jak pachnie mój oddech. To było pojebane, ale nawet nie tak bardzo, jak sprawdzanie, jakiej płci są kurczaki i oddzielanie ich na kury i koguty. — Pokręciłem głową i napiłem się piwa, a na moją facjatę wjechał pewnie nieprzytomny uśmiech. Przez ponad pół roku walałem się jednej dziwnej roboty do kolejnej, ale, jak boga kocham (kurwa, nie kocham), to były najlepsze wakacje w moim życiu. — Ach, złote czasy — westchnąłem, podnosząc wzrok na Maxa. — Jakbyś kiedyś chciał napisać artykuł o najdziwniejszych pracach dostępnych w Nowym Jorku, służę pomocą. — Puściłem mu oczko, przeciągając się na barierce.
    Gdy Max oparł głowę na barierce, a włosy odsłoniły mu kark, zerknąłem na niego, starając się dojrzeć na ile słuszne były moje przypuszczenia. Cholera, pusty. Jestem jednak słaby w zgadywanki.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 15:56

    Z kolei Max całkiem nieźle radził sobie w roli aktora, któremu podstawiano pod nos scenariusz i kazano sobie z nim zrobić co chce. A przynajmniej sam sobie to wmawiał, chociaż...czasami w głowę uderzały go te cholerne wątpliwości, te natrętne myśli co on właściwie robi ze swoim życiem. W ogóle się nie czuł czasami jakby żył. A raczej jakby był nakręconą zabawką, bez żadnej autonomii. Próbował sam siebie przekonać, że przecież jest wolny, przecież może robić co chce i robi co chce, ale, ale...z jakiegoś powodu wcale nie czuł satysfakcji.
    Jednakże łatwiej było to uczucie zignorować, niż coś z nim zrobić. Dlatego nadal prowadził swoje rutynowe życie, którego najjaśniejszym momentem było zjedzenie słodkiego ciasta z uroczej cukierni nieopodal, a nawet taki incydent jak spotkanie dawnego znajomego był niesamowitym wydarzeniem.
    Chryste, jakie to żałosne. Niezależnie jaką ideologię sobie do tego doprawiał, był po prostu zwyczajnym, cholernym tchórzem.
    Przykro mi, panie Monaghan, ale obawiam się że nie będę w stanie być na każde pana zawołanie — odparł ze sztucznym żalem w głosie. Chociaż nie do końca była to prawda, bo przecież nie opuszczał tak często swoich czterech ścian, ale Ian wcale nie musiał o tym wiedzieć. Nie zamierzał w ogóle przed nim zdradzać się z tym jak nudne ma życie. Wolał utrzymywać iluzję tego, że jest zajętym człowiekiem, z gronem znajomych i tak dalej. Wszystko, byleby nie odsłaniać się z tej upokarzającej strony.
    Ech, jesteś beznadziejny — jęknął, zobaczywszy że Ian wcale a wcale nie przejął się tym, że zachował się tak troszeczkę, ciut niewrażliwie. — Poza tym, dlaczego sugerujesz że to on zostawił mnie? — spytał z urazą w głosie, nie mogąc się powstrzymać. Że co, że Jared był lepszy niż on? Z tego co pamiętał, to Ian nie był zbytnio zachwycony kiedy Max przyprowadzał swojego faceta do ich pokoju, więc chyba wyczuwał dupkowatość Jareda jeszcze przed Maxem, nie?
    No i jeżeli Ian rzeczywiście sugerował to, co chyba sugerował, to był w ogromnym błędzie. Nie była to łatwa decyzja, ale ostatecznie to Max kopnął Jareda w dupę. Nie mógł, po prostu nie mógł być z kimś kto miał gdzieś jego przyszłość, jego plany i próbował go pod siebie ustawić. Nie znosił nadmiernej kontroli, miał już wyraźny uraz do tego dzięki swoim nadopiekuńczym rodzicom.
    Zmarszczył brwi, słysząc nagłe parsknięcie śmiechem ze strony swojego sąsiada. Było zupełnie randomowe i bez kontekstu, więc Max zupełnie nie miał pojęcia co też mogło tak rozśmieszyć Iana. I oczywiście jego kochany umysł podrzucił mu od razu myśl, że pewnie śmieje się z niego. Może przypomniał sobie jakąś żałosną sytuację z przeszłości, może to obecny Max go tak bawi...
    Um, nie. Myślałem nad tym, ale...nie mogę zdecydować się na wzór który by mi się nie znudził — przyznał. Chciałby mieć coś znaczącego na swoim ciele, coś co kojarzyłoby mu się dobrze, ale ni cholery nie miał w głowie takiego symbolu. W każdym razie nie chciał tatuować sobie byle czego, byleby ten tatuaż mieć.
    Och, wychodziło na to że Ian mieszkał w Nowym Jorku trochę krócej niż Max. On sam po studiach od razu zamieszkał ze swoim chłopakiem w San Francisco, ale po zerwaniu wrócił do rodziców, zostawiając Jareda z problemem poszukiwania sobie nowego współlokatora. Od rodziców wyniósł się zaledwie po kilku miesiącach, mając dość tego że wciąż zdawali się go traktować jakby miał szesnaście lat i postanowił wyjechać w cholerę do Nowego Jorku, mając nadzieję na to że zupełnie nowe otoczenie pomoże mu na świeży start. To była prawdopodobnie najbardziej spontaniczna decyzja w jego życiu, ale ostatecznie nie żałował. W tym mieście nie było większego problemu na znalezienie pracy związanej z dziennikarstwem, nawet jeżeli początkowo mógł liczyć tylko na jakieś słabo opłacane staże. Ostatecznie udało mu się dojść do poziomu, w którym przynajmniej mógł sobie pozwolić na samodzielny wynajem przytulnego mieszkanka, bez zamartwiania się o czynsz i opłaty.
    Słuchał opowieści swojego starego znajomego z nieskrywanym zachwytem. Przez ten zachwyt przebijała się przede wszystkim gorzka zazdrość, ale to uczucie zachował całkowicie dla siebie. Sam by raczej...nie dał rady żyć tak, jak Ian. Nie był tak spontaniczny i gotowy na podjęcie ryzyka. Potrzebował bardziej czegoś stabilnego, ale, cholera, życie Iana naprawdę go fascynowało.
    Coś ścisnęło go w gardle, ale dyskomfort szybko minął. Miał już do czynienia z paroma osobami z barwną biografią, mógł się już przyzwyczaić do tego uczucia beznadziejności.
    Wygląda na to że się nie nudziłeś — wymamrotał w końcu po ciut zbyt długiej ciszy. — Więc teraz pracujesz w studiu tatuażu, tak?
    Podniósł piwo, zdecydowany na to żeby je w końcu opróżnić. Cóż, zbliżał się coraz szybciej czas ewakuacji.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 16:02

    No dobra, niech ci będzie. Może być śniadanie albo kolacja, kiedy obaj będziemy w domu — odparłem z udawanym żalem, chociaż z mojej twarzy nie znikał uśmiech. Cholera, naprawdę nie wiem czemu, ale bawiła mnie ta gimnazjalna gierka w słowne przepychanki z Maxem, drażnienie go i sprawdzanie, na jak wiele można sobie tutaj pozwolić. Nie to, bym ja sam miał jakieś granice, ale byłem ciekaw, czy koleś się podda, czy też wepchnie we mnie jakiś durny tekst. Serio, obaj mieliśmy po piętnaście lat, ale chyba też obaj mieliśmy to głęboko gdzieś.
    Taki sąsiad się mi trafił.
    No dobra, musiałem przyznać, że to było bardziej zajmujące, niż pani Green.
    Zaśmiałem się słysząc tę wyszukaną obelgę, którą puściłem mimo uszu. Absolutnie mnie nie interesowało, kto kogo spławił, czy Max Jareda, czy Jared Maxa, ale mój rozmówca wydawał się szalenie obruszony tą insynuacją, bo znowu wydął te swoje usteczka. Zagryzłem wargę, starając się nie uśmiechnąć jeszcze szerzej, ale przyznaję, to było szalenie trudne, bo w tej chwili byłem przekonany, że koleś naprzeciwko mnie był szalenie dumny, że to on kopnął w dupę tego drugiego. Jakby po latach miało to jakiekolwiek znaczenie.
    No dobra, dobra, książę, niech będzie, to ty wydymałeś księżniczkę — odparłem, unosząc ręce do góry w obronnym geście, jest, jak mówi. Prawda była taka, że rzeczywiście, wkurwiał mnie ten lalusiowaty brunet, który panoszył się po naszym pokoju i, pewnie gdyby nie czerwony jak burak Max, serwowałby mi sesyjki gejowskiego porno pod nosem. Koleś miał duży problem z ekshibicjonizmem, zresztą jak ja sam, ale co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie i zwyczajnie wkurwiał mnie drugi pożal-się-boże samiec alfa na przestrzeni kilku metrów kwadratowych. Nie wiem, psy kastruje się, jak chce, żeby się nie pogryzły od nadmiaru testosteronu (czy psy mają testosteron?), ja wtedy też chętnie urwałbym jaja temu gogusiowi, żeby się tak nie sadził. Ale nie, Max i jego wieczne, zakochane pierdololo, ech, słowo daję, gdyby nie fakt, że część nocy spędzałem po pokojach z mniejszą zawartością homoseksualizmu na osobę, nie wiem, jak wytrzymałbym studia. — To co tam spierdoliło się w Nibylandii? — spytałem, już nieco poważniej, choć wciąż niezobowiązującym tonem, więc jak coś, ekswspółlokatorze/sąsiedzie, nie wahaj się olać mojego pytania.
    Jak coś to sam podejrzewałem, że ten cwaniaczek przydybał sobie inną parę jaj i tyle było z Zasiedmiogrodu, ale kto wie, kto wie.
    Słysząc odpowiedź o tatuażu, westchnąłem sam do siebie. Tak, znałem to, te słowa, znaczy się, bo wiele osób miało podobne podejście. I nic mi do tego, dla mnie moje ciało było tylko kolejną rzeczą na tym świecie, miałem dużo blizn po upadkach lub bójkach czy siniaków zarobionych na desce, tak samo jak upstrzone pieprzykami, mogło przyjąć kilka warstw tuszu. Nie zależało mi, nieszczególnie, a tatuaży nie traktowałem jako symboli na całe życie, bardziej jak coś, na co mam ochotę tu i teraz, coś, co utrwala jakiś moment mojego życia i potem może przywieść na myśl miłe wspomnienia.
    Wydziaraj sobie coś w miejscu, którego nie będziesz widział — podsunąłem, jak zawsze mówiłem ludziom, którzy tego się bali. — Na przykład na karku. Ni chuja, nigdy tego nie zobaczysz.
    Nie wiem, co się tak uczepiłem, ale serio pasowałaby mu tam dziara. Ta porcelanowa skóra (ciekawe, jak on przeżył w tej Kalifornii, czy musiał smarować się codziennie jakimiś kremami?) zasługiwała na z dwie, trzy, ze smakiem dobrane dziarki, aż przesunąłem się niespokojnie w miejscu.
    Kurwa, byłem estetą jakich mało i to, co sobie wyobrażałem, bardzo mi pasowało.
    Max zamilkł na chwilę po tej mojej krótkiej opowieści o robotach, którymi się parałem przez to pół roku i zastanawiałem się, o co chodzi. Dużo osób oceniało mnie przez pryzmat tego, co robiłem, wiadomo, przerażająca część społeczeństwa wolała usłyszeć o etacie w jakimś korpo i przerażała ich myśl dymania na budowie, ale w gruncie rzeczy, miałem to gdzieś. Pięć lat zasuwałem tylko po to, by w końcu mieć jaja i przed samym sobą przyznać, że hej, nudzi mnie bycie wykonawcą czyichś wyobrażeń, ale sam nie wiedziałem, co chcę wtedy robić. Pierdolnąłem więc to, czego wiedziałem, że nie chcę – to już chyba sukces – i żeby mieć kasę na fajki i chlanie, łapałem się czego popadnie, w końcu powoli ustawiając sobie w głowie, co może mnie choć trochę jarać.
    I jarało. W końcu.
    Yup — przytaknąłem, obracając w dłoni butelkę piwa. — Mam małą spelunę w Queens. Więc jakbyś kiedyś chciał się trochę pobrudzić, daj znać — powiedziałem, choć tak naprawdę wizja Maxa, który kiedykolwiek postawiłby stopę w moim studiu, wydawała się mocno absurdalna.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong
    avatar
    Gazelle
    Zauroczenie

    Punkty : 859
    Liczba postów : 47
    Wiek : 22

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Gazelle on Nie 13 Sty 2019, 23:07

    Patrząc na twój upór, można by pomyśleć że albo bardzo chcesz darmowy posiłek, albo bardzo chcesz mojej obecności — powiedział rozbawionym tonem. Kurczę, czuł się coraz bardziej swobodnie przy Ianie. W sumie jednak dzielili ze sobą małą przestrzeń przez dwa lata, to trochę eliminuje pewne niezręczności.
    Chociaż niemiłosiernie wkurzało go to, że w niektórych momentach tego ich zaimprowizowanego spotkania odnosił wrażenie, jakby Ian sobie z niego kpił. Może po prostu był przewrażliwiony — zapewne tak, ale, no, to było irytujące. Nie lubił, gdy robiło się z niego kretyna.
    Ech, nic szczególnego — po chwili namysłu postanowił jednak odpowiedzieć na pytanie o szczegóły jego rozstania z Jaredem. — Po prostu, wiesz, czasami bywa tak że po czasie okazuje się że dwie osoby ni cholery do siebie nie pasują, i wszystko zaczyna się psuć. Po studiach zamieszkaliśmy razem i to okazało się takim kubłem zimnej wody — wyjaśnił, nie mówiąc jednak wszystkiego. Bo i po co? Ian pewnie spytał go tylko z kurtuazji, czy zwyczajnej chęci podtrzymania rozmowy, pewnie w ogóle go to nie interesowało, a i Max nie chciał o tym rozmawiać z gościem którego nie widział od pięciu lat.
    Swoją drogą, ciekawe czy Ian się z kimś spotykał. Pewnie tak, i pewnie dlatego był tak często poza domem. Bo to akurat było łatwo wywnioskować, zważywszy na to jaka zazwyczaj cisza panowała w mieszkaniu obok. Gdyby Ian tam przebywał, to zapewne Max nie byłby aż tak rozpieszczony.
    Postanowił jednak o to nie dopytywać. Nie jego sprawa.
    Czasami brakowało mu osoby przed którą mógłby się wygadać, musiał to przyznać. Ale kiedy nawet pojawiał się w pobliżu ktoś, komu mógłby zaufać...nadal czuł jakąś wewnętrzną blokadę przed dzieleniem się tym, co siedzi w jego duszy. Nie lubił użalać się nad sobą, nie lubił czuć się słaby i żałosny. Ciągle miał tę potrzebę utrzymywania tej iluzji bycia silnym i niezależnym, mimo iż to za cholery nie miało sensu. Bo po co to właściwie robił? Dla kogo? Za każdym razem gdy zadawał sobie te pytania, nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
    Ale to bez sensu — odpowiedział na sugestię co do tatuażu. — Przecież tatuaż ma być przede wszystkim dla mnie, nie? Więc chcę móc na niego patrzeć i chcę żeby podobał się przede wszystkim mnie. W końcu, jeżeli miałbym to zrobić, to zrobiłbym to dla własnej przyjemności. Dlatego chciałbym...żeby ten wzór był ważny dla mnie. Żeby mi się pozytywnie kojarzył i, skoro zostanie mi na ciele na całe życie, żeby był estetyczny i dobrze wykonany.
    Zabawne, że rozgadał się akurat przy temacie tatuażu. To nawet nie była jego działka, a raczej jego drogiego rozmówcy. Może i tatuaż na karku nie byłby taki zły, ale na pewno nie chciałby żeby jego pierwszy tatuaż był w tym miejscu. Kurczę, może pozostało w nim trochę tej sentymentalności i stąd to przywiązanie do takich pierdół.
    Druga sprawa była taka, że miał cholernie wrażliwy kark. A bycie tatuowanym bolało, o czym każdy wiedział. I nawet nie bał się aż tak tego bólu, ale na karku to mogłoby być dosyć nieznośne.
    Jasne, dam znać — mruknął, chociaż wątpił żeby zdecydował się na tatuaż z rąk Iana. Nie to, że wątpił w jego umiejętności, bo z tego co miał okazję kiedyś podpatrzeć wynikało że facet był cholernie utalentowany, ale czułby się z tym chyba z jakiegoś powodu dziwnie.
    Dopił w końcu to nieszczęsne piwo i przeciągnął się. No, koniec zabawy.
    Było miło, ale muszę się już zwijać — oznajmił. Pewnie była już druga w nocy, a miał do napisania dwa artykuły do rana, musiał złapać chwilkę snu i dylać do redakcji. Cudownie, cudownie.
    avatar
    effsie
    Zaangażowanie

    Punkty : 1145
    Liczba postów : 123
    Wiek : 25

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by effsie on Nie 13 Sty 2019, 23:24

    Mhm. Teraz musisz tylko zgadnąć, o co mi chodzi — przytaknąłem, cały czas się drocząc. Sherlock Holmes z niego nie był, to już sprawdziłem, dlatego postanowiłem mu ułatwić zadanie: — Pamiętaj, jestem z Australii. Dla nas śniadanie nie liczy się, jeśli nie ma w nim jajek.
    Może miałem cięty język, ale taki już byłem, co zrobić. Kpiłem sobie równo ze wszystkiego, ze spierdolonej Ameryki, z moich znajomych i z głupich, tępych ciź, ale jeśli ktoś miał przejmować się szczególnie moimi słowami, cóż, jego sprawa. Nie traktowałem tego szczególnie poważnie, ot, świat był jaki był i gdybym miał brać wszystko na serio, ech, chyba bym się zajebał.
    Mhm — przytaknąłem. Nie, nie wiedziałem, bo sam nigdy nie byłem w żadnym poważnym związku, to wybitnie nie moja para kaloszy, ale no, prawda, bywa tak, że ludzie do siebie nie pasują. Ja, na ten przykład, sam sobie nie pasowałem do nikogo, przynajmniej na stałe, nie to, by mi to specjalnie przeszkadzało. No ale dobra, kumam, że inni ludzie, inne podejścia do sprawy, no co tu wiele gadać, shit happens, takie życie. — O, czyli co, to ja byłem przez te dwa lata spoiwem waszego związku? — zapytałem, szczerząc się durnie. Robiłem sobie jaja, bo nawet ja musiałem wiedzieć, że na rzeczy są jakieś grubsze sprawy, ale ta perspektywa wydała się mi całkiem zabawna.
    Słuchałem słów Maxa i nie mogłem się nie zgodzić, też nie chciałbym mieć na ciele czyjejś porażki tatuatorskiej, przesrana sprawa.
    I myślisz, że tak się da? Wymyślić coś, co nie znudzi ci się przez całe życie? — spytałem, przechylając nieco głowę. Mnie to wydawało się zgoła niemożliwe, ale może on był bardziej… stały ode mnie. — Możesz wydziarać coś, co ci się podoba teraz i pewnie będzie ci się pozytywnie kojarzyć potem, przez całe życie — podsunąłem, wzruszając ramionami. Dla mnie tak było, ale spoko, nie musiał akceptować mojego punktu widzenia.
    Upiłem piwa, którego jeszcze trochę zostało w butelce i rzuciłem zdziwione spojrzenie Maxowi, który opróżnił swoją. Nie spodziewałem się tego, ale dobra, nie będę zatrzymywał tu kolesia na wieki.
    No dobra, kapitanie. Au revoir, karaluchy pod poduchy — rzuciłem, nie ruszając się z miejsca zabębniłem palcami w swoją butelkę.
    Dokończę piwo i ogarnę ten syf w środku, wezmę prysznic i pójdę spać. A szopem będę się martwił jutro.


    _________________
    they're playing our song, can you see the lights?
    can you hear the hum of our song?
    i hope we dance tonight
    before we get it wrong

    Sponsored content

    Re: The Lost Silence

    Pisanie by Sponsored content


      Obecny czas to Czw 17 Sty 2019, 06:52